środa, 25 października 2017

[RECENZJA] Alicja Makowska - "Aremil Iluzjonistów. Uwikłani"

„Wojna to żywe piekło. Należy zrobić wszystko, by jej zapobiec”

Nierzadko bywa, że dziecięce fascynacje wpływają na wybór życiowej drogi. Przekonała się o tym Alicja Makowska – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim od najmłodszych lat zaczytująca się w literaturze fantastycznej, z którą zdecydowała się zmierzyć w 2015 roku debiutując powieścią pod tytułem „Aremil Iluzjonistów. Wschodnie Rubieże”. Jej kontynuację stanowi opublikowany 29.09.2017 roku nakładem internetowego Wydawnictwa e-bookowo.pl prequel zatytułowany „Aremil Iluzjonistów. Uwikłani”, który Pieniński Portal Informacyjny objął patronatem medialnym.



Na jego kartach śledzimy losy Luv i Ellen Incerno oraz Yaxiela Nastemoona przez siedem lat przygotowujących się pod czujnym okiem Minaro Nakarde – najlepszego lidera Atermii do niebezpiecznego egzaminu na iluzjonistów klasy pierwszej. O to najwyższe, generalskie miano walczą także członkowie grupy sojuszniczego Natamiru dowodzonej przez liderkę, Ajdę Turman, którą mistrz Nakarde darzy gorącym uczuciem.

Wydawać by się mogło, że uczestnicy pięciodniowej, śmiertelnej rozgrywki mają tylko jeden cel, ale gdy podczas egzaminu ginie reprezentantka Wschodu, a na poligonie panoszy się nieproszony, tajemniczy osobnik, Luv Incerno stawia wszystko na jedną kartę i biorąc sprawy w swoje ręce, brata się z wrogiem. W imię wyższej konieczności dokonuje trudnych wyborów, które dla wielu wydają się irracjonalne. Pociągają bowiem za sobą lawinę zdarzeń niemożliwych do zatrzymania nawet siłą iluzji. Zapisują one czarnymi zgłoskami kartę najnowszej historii wielkiego rodu Incerno jak również całego iluzjonerskiego świata. Jaką cenę dziewczyna za to zapłaci? Czy jej determinacja i poświęcenie znajdą uzasadnienie?

Książka młodej lubiczanki stanowi fantastyczne zaproszenie do świata, w którym prym wiedzie iluzja będąca, (jeśli wierzyć słowom Wyroczni) „jak rzeka” płynąca rwącym strumieniem po kartach powieści.

Autorka ku zaskoczeniu Czytelnika na plan pierwszy nakreślonej z niemałym rozmachem historii wysunęła postać wspomnianej Wyroczni – Spadkobierczyni Pierwszej Jedności, długowiecznej Córy Iluzora, której potęga i zdolności leżą poza zasięgiem pozostałych, śmiertelnych iluzjonistów. A gdyby tak móc posiąść choć cząstkę jej wielkiego talentu?

Alicja Makowska postawiła to arcytrudne zadanie przed młodą, obdarzoną iście góralskim temperamentem, Luv, która postępując wbrew woli wymagającego i bezkompromisowego ojca, Nestora Incerno, upatrującego w niej przyszłą przewodniczkę klanu, postanawia pójść własną, wyboistą drogą, zamykającą jej już na zawsze ścieżki powrotu na łono rodziny.

Co nią kieruje? W toku akcji to pytanie zadają sobie wielokrotnie jej najbliżsi: matka Namier, Ellen – przybrana siostra oraz młodszy brat Den i pozostali członkowie klanu Incerno jak również lider Nakarde i przyjaciel Yaxiel. Próbują oni zatrzymać niepokorną iluzjonistkę i pojąć motywy jej postępowania, jednakże pisarka dołożyła wszelkich starań, by pokrzyżować te zamiary i niczego bohaterom nie ułatwić.

W tym celu po tragicznym w skutkach egzaminie przeprowadzonym w Lesie Rebeliantów, wysłała dziewczynę na równie koszmarną misję w otchłani katakumb Aremil Cov oraz na poszukiwanie Miasta Pogan, gdzie rytuał składania ofiary stanowił przyczynek do zasilenia przez nią szeregów Orbity – elitarnej grupy uzdolnionych iluzjonistów pod wodzą Oroshiego Naimaru stanowiącej zagrożenie dla Atermii. Koszmarną czarę przepełniają zdarzenia w Natarabii, które z hukiem grzebią przypuszczenia i nadzieje Czytelnika co do zakończenia tej przepełnionej magią uczucia opowieści.

Wszystko to sprawia, że bez cienia wątpliwości nie można odmówić autorce fantastycznej wyobraźni i literackiego polotu. Wartka akcja, w toku której trup ścieli się dosyć gęsto, z pewnością usatysfakcjonuje odbiorców spragnionych przygód i mocnych wrażeń w czasie lektury.

Na szczególną uwagę zasługuje jednak nienachalnie wyłaniający się z kart książki uniwersalizm przesłania, sprowadzający się do refleksji nad światem, w którym prym wiodą rywalizacja o wpływy i rozwiązania siłowe spychające na margines fundamentalne wartości takie jak: honor, prawda, przyjaźń i miłość do grobowej deski.

Warto się nad tym zastanowić pamiętając, że „rzeczywistość to nie iluzja”, a „wiara w idee to przerażająca sprawa”, wszak „światem rządzi natura i harmonia”. W pędzie codziennego życia starajmy się więc je odnaleźć.

Zainteresowanych książką odsyłam na stronę Wydawnictwa e-bookowo TUTAJ oraz na bloga autorki TUTAJPolecam także zajrzeć na stronę cyfroteka.pl. Można TAM przeczytać darmowy fragment zrecenzowanej powieści.

Za okazane zaufanie i możliwość zajrzenia do świata iluzjonistów oraz udostępnienie egzemplarza recenzenckiego serdecznie dziękuję autorce, Alicji Makowskiej.


Recenzję opublikowano także na łamach Pienińskiego Portalu  Informacyjnego TUTAJ.
Share:

sobota, 24 czerwca 2017

[RECENZJA] Jessica Sorensen - „Na zawsze razem. Ella i Micha”

Miłość najskuteczniejszym antidotum na przeciwności losu

W piosence zespołu Farba zatytułowanej „Chcę tu zostać” padają słowa: „Wszystko wokół się zmienia, nawet Ty. Nasze wspólne marzenia to My. Małe i duże problemy przeżyjemy, to nic dla nas. Razem wszystko przetrwamy, nawet złe dni”.

W pełni oddają one ducha powieści Jessicy Sorensen „Na zawsze razem. Ella i Micha” opublikowanej nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka w 2017 roku i będącej kontynuacją wydanej rok wcześniej książki pod tytułem  „Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha”.

Tym razem nastoletnia Ella May wraca na studia, a jej chłopak, Micha Scott wraz z zespołem przygotowują się do wyjazdu na podbój Nowego Jorku. Mimo że pragną wzajemnej bliskości, los przewrotnie ich od siebie oddala, zsyłając problemy, którym niełatwo zaradzić. Czy Ella zdoła stawić czoła przeszłości i myśleć o przyszłości u boku Michy? Czy Micha w starciu z teraźniejszością odniesie zwycięstwo? Czy obojgu uda się stworzyć szczęśliwy i dojrzały związek?

Jessica Sorensen na plan pierwszy powieści określanej mianem new adult, wysunęła parę bohaterów bez pamięci w sobie zakochanych. Ich więź zapoczątkowana w dzieciństwie i przypieczętowana obietnicą odnalezienia normalności, mimo wielu zmartwień i upływu lat,  tylko się umacniała.

Toteż warto zadać pytanie: „Na zawsze. Czy coś takiego istnieje?”Odpowiedzi twierdzącej zgodnie udzielili główni bohaterowie powieści Sorensen:

Ella May – półsierota, uczennica college’u zmagająca się z lękami, brakiem zrozumienia ze strony brata, chorobą alkoholową ojca, co skutkowało załamaniem nerwowym, z którym walczyła pod czujnym okiem terapeutki Anny, siły czerpiąc z bezgranicznej miłości chłopaka.  
Micha Scott – przystojny, uroczy wokalista, wychowany w niepełnej rodzinie, ponieważ ojciec ją opuścił, co stało się bezpośrednią przyczyną trudnych z nim relacji, które na przestrzeni lat nie uległy poprawie. Na szczęście mógł polegać na przyjacielu Ethanie i szukać bezpiecznego azylu w ramionach Elli.

Nietrudno więc odnieść wrażenie, że na kartach książki pisarka nakreśliła schematyczną, przewidywalną i momentami przesłodzoną love story. Moje odczucia zdaje się potwierdzać przyjaciółka Elli,Lila. Dziewczyna z rozbrajającą szczerością wyznała, że to „miłość, która nie istnieje i bierze w posiadanie” lecz niewątpliwie każdy pragnąłby jej doświadczyć.

Losowe perypetie pary zakochanych Czytelnik poznaje z dwóch perspektyw, w pierwszoosobowej narracji, co w moim odczuciu było celowym zabiegiem ze strony autorki, by je uwiarygodnić. Wielka miłość przeciwstawiona została alkoholizmowi i niedokrwistości aplastycznej, z którymi borykają się ich ojcowie. Nie bez znaczenia były także majaki przeszłości naznaczonej piętnami lęku, bólu i niepowetowanej straty. Dlatego oboje mieli świadomość, że „stawianie czoła problemom może okazać się (…) trudne” i przy tym łatwo o zachowania przeczące dojrzałości, którą starli się wykazać na każdym kroku, momentami z marnym skutkiem, co nierzadko irytuje w czasie lektury.

W ostatecznym rozrachunku jednak satysfakcjonować może zakończenie, które mimo że przewidywalne, napawa nadzieją i daje poczucie pewności, że chociaż „nic nie wymaże przeszłości, możemy zostawić ją za sobą” po to, by cieszyć się życiem u boku tych, których kochamy.

Zainteresowanych książką odsyłam na stronę Wydawnictwa Zysk i S-ka TUTAJ.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego bardzo dziękuję Wydawnictwu


Niniejsza recenzja została opublikowana na łamach  czerwcowego numeru niezależnego dwumiesięcznika literackiego „Sofa” na stronie 47. Darmowy plik do pobrania TUTAJ.



Recenzję opublikowano także na łamach Pienińskiego Portalu  Informacyjnego TUTAJ.

Share:

piątek, 28 kwietnia 2017

[RECENZJA] Anna Piecyk - "Matnia"

"Przez wódkę (…) traciłem swoją rodzinę nawet tego nie zauważając"


Alkoholizm niczym ośmiornica, dotyka swymi mackami ludzi, ale w przeciwieństwie do niej, pozostawia ślad na długie lata, spychając w otchłań uzależnienia rodzącego ból i cierpienie wielu rodzin.

Ten niełatwy do ubrania w słowa temat podjęła Anna Piecyk – bibliotekarka debiutująca książką pod tytułem „Pustka”. W poczuciu, iż sprawy trudne i ważne stanowią o naszym człowieczeństwie, nakreśliła także psychologiczno – obyczajową powieść zatytułowaną „Matnia”, opublikowaną nakładem Wydawnictwa Oficynka w 2013 roku.

Pisarka namalowała słowem chwytający za serce obraz trzypokoleniowej rodziny, której życie zostało naznaczone piętnem alkoholizmu. Grażyna, Ryszard, Agata, Tadeusz, Filip i Alicja pogrążają się w matni, zarazem żywiąc nadzieję na poprawę egzystencji. Jednak brak stabilizacji i niepewność jutra sprawiają, że głębokie pragnienie zmian na lepsze pozostaje w sferze marzeń, a los, który bywa przewrotny, zsyła serię tragicznych zdarzeń następujących lawinowo po sobie. Czy uda się przerwać złą passę? Jak wysoką cenę przyjdzie zapłacić za popełnione błędy i ulotne chwile szczęścia.

Mieszkająca w Międzyzdrojach Anna Piecyk przeniosła Czytelnika do Świdnicy – malowniczego zakątka swego szczęśliwego dzieciństwa, gotując bohaterom książki zgoła odmienny los, bowiem w rodzinie Wrońskich wódka lała się obficie przeradzając w potoki łez płynące z oczu opowiadających przerażającą i tragiczną w skutkach historię, której początki sięgają 1972 roku, kiedy Grażyna i Ryszard byli dziećmi, a ich życie zdominowało pasmo nieszczęść: ojciec, powiesiwszy na gałęzi psa, ponieważ zagryzł wszystkie kury, zniknął bez śladu, co skłoniło matkę do intymnych kontaktów z innymi mężczyznami pod pretekstem chodzenia do pracy i sięgnięcia po kieliszek.

Taki stan rzeczy wzbudzał w rodzeństwie stale narastający wstyd i żal do niej, które znalazły upust w słowach Ryszarda: „Zniszczyła mnie jej choroba”.

Można zaryzykować stwierdzenie, że autorka kreśliła opowieść w myśl hasła: „Minimum słów, maksimum treści”, bowiem książka liczy nieco ponad sto osiemdziesiąt stron skrywających ogromny ładunek emocji udzielających się Czytelnikowi za sprawą pierwszoosobowych relacji zdawanych przez poszczególnych członków. Tym samym każdy z nich dokłada własną cegiełkę do obrazu świata zbudowanego na płynnym fundamencie – świata, który niczym kryształowy kieliszek rozpadł się na milion małych kawałków raniąc wszystkich wokół, a choroba alkoholowa jak złośliwy wirus, wciąż na nowo atakowała rodzinę stanowiącą podstawową komórkę społeczną.

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Anna Piecyk na kartach książki wyprzedziła bieg zdarzeń zamykając je dopiero w 2062 roku. Tym samym dała  oczywisty i zarazem bardzo wyraźny sygnał, że zaprezentowana historia lubi się powtarzać i niestety znajduje swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, bowiem ludzie zniewoleni przez sidła nałogu żyją tuż obok nas. Czy to oznacza, że nie ma już dla nich nadziei? Pisarka pokazuje światełko w tunelu prezentując wzorcową postawę jednego z bohaterów, który  po stoczeniu heroicznej walki o siebie, powiedział: „Walczyłem. Wygrałem. (…) Chciałem żyć inaczej”.

Z każdej sytuacji jest przynajmniej jedno wyjście, a chcieć to móc – warto o tym pamiętać.

Zainteresowanych książką odsyłam na stronę Wydawnictwa Oficynka TUTAJ.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego bardzo dziękuję Wydawnictwu


Niniejszą recenzję opublikowano także na łamach Pienińskiego Portalu Informacyjnego TUTAJ.
Share:

piątek, 23 grudnia 2016

[RECENZJA] Anna Helena Kubiak - "Spokojnie, to nie inwazja"

Życie zaczyna się po setce

Mówi się, że „każdy z nas nosi w sobie książkę, ale nie każdy ma odwagę ją napisać.” Tego niełatwego zadania podjęła się Anna Helena Kubiak, której wszechstronne zainteresowania skupiają się wokół pędzla, aparatu fotograficznego, Blendera 3D i słowa.

Ostatni element twórczej działalności, zaowocował powstaniem opowiadań między innymi: „Przyjaciel Iś”, „Przesiedlenie” i „Czarownik w metrze” oraz fantastycznej powieści zatytułowanej „Spokojnie, to nie inwazja”, nagrodzonej w konkursie literackim „Szlachetne słowo 2010”, zorganizowanym przez Wydawnictwo Verbum Nobile.

Bodźcem do jej powstania było przypadkowe spotkanie starszych pań, które we wspomnieniach pisarki jawi się następująco: „(…) kiedy wtargnęły do przychodni, nie było wątpliwości, że to postacie wyjęte prosto z powieści. Nie pozostało mi nic innego, jak ją napisać”.

Dlatego nie dziwi, że na kartach książki opublikowanej nakładem Wydawnictwa Poligraf w 2013 roku, nakreśliła obfitującą w niezwykłe przygody historię siedmiu bogatych w lata i życiowe doświadczenie kobiet, zamieszkałych w ekskluzywnym ośrodku spokojnej starości „Kwietne Ogrody”, znajdującym się na terenie przyjaznej strefy klimatycznej planety Kholoma. Pewnego dnia, znudzone dotychczasową monotonią starczej egzystencji, postanawiają wykraść stary statek ratunkowy Zenith – 6, należący do Międzyplanetarnej Służby Kosmicznej. Przekonane, że „rozrywka jest najważniejszą rzeczą w życiu”, babcie udają się w podróż mającą siedem punktów docelowych oraz ósmy – ściśle tajny. Obierając lata życia za wielkość determinującą kolejność, załogantki pragną odwiedzić planety, na których kiedyś mieszkały, a co za tym idzie – spotkać się z niczego nieświadomymi członkami rodzin. Czyj świat zasłuży na miano najciekawszego? Co zastaną po przybyciu do domów? Z jakimi problemami przyjdzie im się zmierzyć? Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że kłopoty będą rosły jak grzyby po deszczu, ponieważ nietuzinkową załogę statku tworzą: 106 – letnia kapitan, nie posiadająca ku temu żadnych uprawnień, za to roszcząca sobie prawo do notorycznego spożywania alkoholu, pilotki nigdy wcześniej nie zasiadające za sterami jakiejkolwiek maszyny, główna mechanik, która z niemałym trudem ukończyła kurs pilotażu i nawigator zmagająca się z głębokim stadium sklerozy. Jak pośród nich odnajdzie się przyjazny asystent, Steve? Czy zdoła okiełznać temperamentne staruszki i uchronić statek przed niechybną katastrofą?

Anna Helena Kubiak na plan pierwszy wysunęła aż siedem bohaterek. Podczas gry w ruletkę z losem na terenie „Kwietnych Ogrodów”, powzięły na przekór wszystkiemu i wszystkim, szalone plany odwiedzin planet.

Eleonora – 106-letnia kobieta otwiera pochód żądnych przygód babć, siły czerpiąc przede wszystkim z zawartości piersiówki, skrzętnie ukrytej w jednej z niezliczonych kieszeni beżowego płaszcza. W ślad za nią podążają:

Sandra – pięciokrotnie zamężna, matka niewdzięcznej Soni, teściowa Atera. Inspektor w jednej z firm. Jej silna osobowość i uszczypliwość sprawiły, że według obiegowej opinii, „bałby się jej nawet diabeł”. W toku akcji „miss złośliwości” decyduje się pokazać głęboko skrywane, drugie oblicze.

Xana – wdowa, która na domiar złego straciła także syna. Babcia Andreasa, męża Michanu. Kiedyś projektowała wynalazki na przykład miejskie tryskawki. Po latach czuje się dobrze ze śrubokrętem w dłoni i… za sterami statku, licencję pilota kategorii M uzyskując po dziewięciu nieudanych próbach. Miała słabość do kosmitów.

Lamara – w młodości zwyciężczyni telewizyjnego show zatytułowanego „Czym skorupka za młodu”, matka Roda i Wana, teściowa Rosy, babcia Elmera. Cechowały ją pewność siebie i dystans do rzeczywistości.

Florence – w przeszłości porzucona przez Ravola, trzecioplanowa aktorka wytwórni Real Pictures, z powodu zawodu miłosnego nie zdecydowała się na założenie rodziny. Dbająca o cerę właścicielka udzielającego rad krawata.

Oretta – lata młodości upłynęły jej na agenturze pod wodzą Protektorów Kongregacji, którzy za zasługi przyznali jej najwyższe odznaczenie, czyli „Diamentowe Skrzydła”, a zarazem założyli ściśle tajne akta osobowe. Jednak niczego nie pamięta, bowiem zmaga się ze sklerozą.

Na końcu sędziwej kolejki bohaterek plasuje się Mida – najmłodsza z babć, święcie przekonana, że „Dzień bez batona jest dniem straconym”. Była właścicielka dobrze prosperującej firmy, sfrustrowana z powodu narastających problemów zdrowotnych.

Niniejsza charakterystyka babć sprawiła, że bardzo je polubiłam, co więcej – odnalazłam pośród cech załogantek te, które mogłabym przypisać sobie. Moje subiektywne odczucia do pewnego stopnia podzielił Steve – przyjazny asystent, wiernie towarzyszący bohaterkom w ich planetarnych wojażach, podobnych do tych, które odbył Mały Książę Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, choć zarazem zupełnie różnych. Królowe Życia zapragnęły bowiem udać się z niezapowiedzianą wizytą do swoich bliskich mieszkających na: Lermon, Makuurumie, Amdenie, Voluandzie, Urmis, Akwii i Ooiko.

Anna Helena Kubiak wysłała bohaterki w podróż pełną fantastycznych przygód obfitujących w zabawne sytuacje, jak choćby tę, gdzie omyłkowo wzięto je za duchy, przez co jedna z wypraw „była raczej nawiedzeniem” – z drugiej strony, pociągających za sobą wiele niebezpieczeństw, zmuszających leciwe staruszki do wykazania się refleksem w celu ratowania statku z różnorakich opresji.

Pisarka ponad wszelką wątpliwość wykazała się literackim polotem okraszonym sporą dawką humoru, ale co istotniejsze – między wierszami, przystępnym w odbiorze językiem, zwróciła uwagę czytelnika na bolączki nękające współczesny świat: począwszy od kontaktów międzyludzkich odbywających się w dużej mierze przy pomocy sieci, poprzez zapaść demograficzną, konflikty, podziały, na rywalizacji o surowce naturalne skończywszy.

Dlatego tak ważne jest, byśmy każdego dnia podejmowali próbę zmian świata na lepsze. Zmiany te, choć niełatwe – są możliwe do zrealizowania, gdy możemy liczyć na pomoc i wsparcie, zwłaszcza ze strony najbliższych. Wtedy świat gotów stanąć przed nami otworem, tak jak miało to miejsce w przypadku Eleonory, Sandry, Xany, Lamary, Flore, Oretty i Midy. Babcie, niczym „palce jednej ręki” i jak „zwariowana rodzina stanowiąca najważniejszą przystań każdego statku”, zawsze podróżowały razem. Warto w tej podróży im towarzyszyć, by dotrzeć tam, gdzie w czasie trwania ziemskiej wędrówki, zupełnie nam nie po drodze…

Zainteresowanych książką odsyłam na stronę Wydawnictwa Poligraf TUTAJ oraz do e- szuflady na blogu autorki. Można TAM znaleźć starsze i nowsze opowiadania oraz początek  zrecenzowanej powieści.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego bardzo dziękuję autorce, Annie Helenie Kubiak


    Niniejszą recenzję opublikowano także na łamach Pienińskiego Portalu  Informacyjnego TUTAJ

Share:

czwartek, 23 czerwca 2016

[RECENZJA] Agnieszka Pietrzyk - "Śmierć kolekcjonera"

Elbląg w sidłach mordercy

Powszechna opinia głosi, że Elbląg jest dynamicznie rozwijającym się miastem na prawach powiatu, a zarazem ośrodkiem przemysłowym, akademickim i kulturalnym. Stanowi również atrakcyjną bazę wypadową dla turystów oraz, jak udowadnia pisarka Agnieszka Pietrzyk, doskonały azyl dla człowieka, który dopuścił się niecnych czynów w jednym z tamtejszych hoteli.

Dowiadujemy się o tym z kart jej najnowszej powieści kryminalnej zatytułowanej „Śmierć kolekcjonera” opublikowanej nakładem Grupy Wydawnictwa Poznańskiego Czwarta Strona w kwietniu 2016 roku. 

Rodowita elblążanka przeniosła czytelnika na ulicę Kowalską, gdzie pewnego dnia w hotelu „Pod Lwem” odbywa się licytacja unikatowych akcji Zakładów Schichaua. Pod młotek trafia również prawdziwa perełka – walor Pierwszej Fabryki Lokomotyw w Polsce. Stanowią one łakomy kąsek dla kolekcjonerów papierów wartościowych, dlatego nikogo nie dziwi, że przybyli licznie, zrobią co w ich mocy, by posiąść je na własność. Los bywa zaskakujący, bowiem szczęście uśmiecha się tylko do Henryka Szymańskiego – posiadacza jednej z większych kolekcji w kraju. Powiększenie zbioru o dwa bardzo cenne eksponaty znacząco podnosi jego prestiż w środowisku zbieraczy. Jednak nie dane jest mu długo cieszyć się z takiego obrotu sprawy. Następnego dnia zostaje znaleziony martwy w pokoju hotelowym. Na domiar złego, los denata podzieliła Ester Kucharczyk – młoda recepcjonistka.

Ale to nie koniec czarnej serii, bowiem śmierć czai się również w oknie mieszkania przy ulicy Rechniewskiego, gdzie wiszą ciała profesorstwa Marianny i Leona Szulców. W toku śledztwa wychodzi na jaw, że testamenty sporządzone przez kolekcjonera i małżonków są identyczne. Dlaczego swoje majątki denaci zapisali w poczet zwycięzcy  elbląskiego biegu na orientację? Czy w związku z tym faktem zgony można ze sobą powiązać? Komu zależało na śmierci Henryka Szymańskiego? Czy miał wrogów w środowisku zbieraczy? Czy możliwa jest reaktywacja spółek w oparciu o kolekcjonerskie walory? Dlaczego Ester Kucharczyk musiała umrzeć? Morderca nadal cieszy się wolnością, a w mieście dochodzi do kolejnych tragedii. Czy uda się wpaść na jego trop i poznać odpowiedzi na wszystkie pytania?


Agnieszka Pietrzyk przedmiotem opowiedzianej historii uczyniła papiery wartościowe, skupiając wokół nich swoich bohaterów. Zabiegają oni o ich pozyskanie, co staje się zaczątkiem zdarzeń, w których trup ścieli się dosyć gęsto.

Do rozwikłania okoliczności i przyczyn tajemniczych zgonów przydzieleni zostali: prokurator Milena Łempicka – Krol. Kiedyś, szczęśliwa żona Pawła i matka ośmioletniego Krzysia, którzy pewnego dnia zniknęli bez śladu. Teraz, samotna, oddana pracy kobieta starająca się przy użyciu pomysłowości i sprytu dotrzeć do prawdy. W tym przedsięwzięciu wspiera ją komisarz Kamil Soroka, uszczypliwie zwany Sroką – przystojny, pracowity, uparty, wręcz zawzięty mężczyzna, którego gorący temperament niejednokrotnie ściąga nań kłopoty.

Nietrudno więc wysnuć wniosek, że autorka rzuciła w wir pracy kobietę po przejściach i mężczyznę skrywającego mroczną tajemnicę przeszłości, co niewątpliwie przemawia na korzyść niniejszej opowieści, sprawiając, że czytelnik ciekaw jest, jak potoczą się losy tych dwojga na gruncie prywatnym, a zarazem z zainteresowaniem śledzi przebieg niełatwego śledztwa, które nie przynosi spodziewanych efektów i w ostatecznym rozrachunku rozczarowuje, pozostawiając spory niedosyt.

Pisarka miała bardzo ciekawy, wręcz oryginalny pomysł, ponieważ nieczęsto na kartach książek można zetknąć się z szeroko pojętą tematyką papierów wartościowych, ale w pełni nie wykorzystała tego potencjału. Kroki śledczych skierowała do hotelu „Pod Lwem”, gdzie na trzecim piętrze w pokoju numer 32 odnajdują zwłoki starszego mężczyzny i młodej kobiety. Nie bez przyczyny w kręgu podejrzanych o dokonanie zbrodni są ci, którzy, tak jak denat, lubowali się w kolekcjonerstwie.

Literaturoznawczyni używając przystępnego w odbiorze języka, uchyliła drzwi do świata zbieraczy, który uzależnia i zarazem rodzi uczucie wiecznego nienasycenia towarzyszące każdej licytacji. Ono zaś wyzwala w ludziach wielkie emocje, co prowadzi do opracowania taktyki niejednokrotnie podszytej podstępem w celu zdobycia interesującego waloru za jak najniższą cenę.


Toteż, jak najbardziej zasadnie, w głowach Łempickiej – Krol i Soroki pobrzmiewa  pytanie: Czy papiery kolekcjonerskie mogą osiągnąć równowartość ludzkiego życia? Niejednoznaczna odpowiedź sprawia, że decydują się poszerzyć krąg podejrzanych, mając na uwadze, iż „(…) są ludzie, co mają po kilka twarzy i najlepszy śledczy nie dojdzie, która jest prawdziwa przy czym mordercą zawsze okazuje się normalny człowiek”.

Kto odpowiada za popełnione zbrodnie? Tego zdradzić nie mogę. Dodam jednak, że ostatnie sceny sprawiają wrażenie pisanych w pośpiechu, a niewyjaśnione do końca wątki obyczajowe tylko to odczucie pogłębiają. Taki stan rzeczy dezorientuje tym bardziej, że Agnieszka Pietrzyk twierdzi, iż „Śmierć kolekcjonera” jest jej najlepiej dopracowaną pod każdym względem  książką spośród czterech dotychczas opublikowanych. Trudno mi zgodzić się z tą opinią, bowiem historia traktująca o ludzkich słabościach i złu drzemiącym w każdym człowieku aż prosi się o ciąg dalszy, zwłaszcza, że ostatnie zdanie powieści brzmi: „Przecież schwytanie sprawcy to nie finał, a dopiero początek”. Czy będzie ciąg dalszy? Nic na to nie wskazuje, ale z drugiej strony wszystko jest możliwe…


Zainteresowanych książką odsyłam na stronę Grupy Wydawnictwa Poznańskiego Czwarta Strona TUTAJ


Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego bardzo dziękuję Wydawnictwu


Niniejsza recenzja została opublikowana na łamach  czerwcowego numeru niezależnego dwumiesięcznika literackiego „Sofa” na stronie 58. Darmowy plik do pobrania TUTAJ.




Recenzję opublikowano także na łamach Pienińskiego Portalu  Informacyjnego TUTAJ.
Share:

poniedziałek, 30 maja 2016

[RECENZJA] Victoria Scott - "Ogień i woda"

„Jesteśmy idealnymi ofiarami. Wystarczy tylko pomachać nam przed nosem lekiem, o którym nikt nie słyszał, i krzyknąć: „Biegnij małpko, biegnij!”


Często, zwłaszcza bliskim sercu osobom życzymy wszelkiego dobra, w pierwszej kolejności wymieniając zdrowie, szczęście i pomyślność. Niewątpliwie spośród nich zdrowie stanowi wartość nadrzędną i bezcenną.

Przypomina o tym między wersami Victoria Scott – amerykańska pisarka debiutująca serią o Dantem Walkerze. Spod jej pióra wyszła także doskonała powieść młodzieżowa pod tytułem „Ogień i woda” wydana w 2015 roku nakładem Wydawnictwa IUVI.

Na jej kartach autorka nakreśliła z rozmachem historię opowiedzianą z perspektywy szesnastoletniej Telli Holloway, która z powodu ciężkiej choroby brata Cody’ego, zmuszona jest wraz z rodziną przeprowadzić się z Bostonu do Montany. Z dala od przyjaciół, pozbawiona dostępu do rozrywek, nastolatka buntuje się, często nazywając nowe miejsce ziemią niczyją albo czyśćcem.

Wszystko zmienia się, gdy pewnego dnia na łóżku  znajduje małe, niebieskie pudełeczko, a w nim przedmiot łudząco podobny do aparatu słuchowego z pulsującą, czerwoną lampką. Po wciśnięciu guziczka kobiecy głos oznajmia: „Jeśli słyszysz tę wiadomość, to znaczy, że zostałaś zaproszona do uczestnictwa w Piekielnym Wyścigu. Wszyscy uczestnicy muszą zgłosić się w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, by wybrać sobie pandorę do pomocy. Jeśli nie zgłosisz się w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, twoje zgłoszenie zostanie anulowane”. Zdezorientowana, w pierwszej chwili myśli, że to żart, ale zachowanie ojca, który chce za wszelką cenę zniszczyć urządzenie, utwierdza ją w przekonaniu, że musi podjąć wyzwanie. Dysponując podręcznym bagażem, przystrojona w zielononiebieskie piórko we włosach, Tella wymyka się z domu. Przyświeca jej szczytny cel, bowiem nagrodą dla zwycięzcy będzie lek – remedium na każdą chorobę dla jednej, dowolnie wybranej przez niego osoby. Ile ludzi zginie chcąc kogoś uratować? Czy dziewczyna jest wystarczająco silna i pewna, że istnieje antidotum na każdą chorobę? Czy życie brata warte jest tego, by narażała swoje, podejmując trudy wędrówki przez dżunglę i pustynię?

Victoria Scott na pierwszy plan młodzieżowego thrillera wysunęła nastoletnią Tellę, która swoje kasztanowe włosy postrzegała jako kędzierzawą zmorę swojej egzystencji. Ale ten problem jest błahy w porównaniu z cierpieniem Cody’ego: nieuleczalnie chory chłopak ma trudności z oddychaniem. Wydawać by się mogło, że w zaistniałych okolicznościach ratowanie brata będzie dla siostry priorytetem, jednak pisarka dość szybko wyprowadziła czytelnika z błędu i odwróciła sytuację, zmuszając bohaterkę, by szybciej dorosła i zatroszczyła się przede wszystkim o siebie.

W tym celu, wyobraźnia podsunęła autorce piekielny, trwający trzy miesiące wyścig. Jego twórcy, zwani aptekarzami, powołują ludzi różnych ras, płci i wieku, nakłaniając do udziału w walce o nowe, lepsze życie dla tych, których kochają. By nieco ułatwić zadanie, obok każdego uczestnika stawiają pandorę. Pomysł ów nie jest nowatorski, bowiem zwierzak – pomocnik pojawia się dość często na przykład w fabularnych grach komputerowych.

Victoria Scott idąc za przykładem, zaprezentowała szeroką gamę pandor obdarzonych niezwykłymi zdolnościami, dzięki którym bohaterowie narażeni co rusz na nowe niebezpieczeństwa, próbują przetrwać ten trudny czas i rozeznać, kto ze współuczestników jest wrogiem, a kto przyjacielem – przy czym każdy z osobna dokłada wszelkich starań, by wygrana przypadła w udziale właśnie jemu. 

Ale, aby zwyciężyć, trzeba podjąć ryzyko jednocząc siły i darząc drugiego człowieka zaufaniem, a zarazem wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. Autorka tę prawdę ukazała poprzez relację łączącą Tellę i Guya – przystojnego chłopaka, który miał trzech młodszych braci. Czy rodzące się między nimi uczucie nie przysłoni im głównego celu wyprawy? Tego zdradzić nie mogę. Dodam jednak, że pisarka bardzo plastycznie nakreśliła opowieść idealnie wpasowującą się w kategorię new adult, traktującą o wchodzeniu w dorosłość i związanymi z nią zagadnieniami, skłaniając do głębszych przemyśleń i analizy własnych zachowań, gdyby hipotetycznie przyszło nam znaleźć się w podobnej sytuacji. Czy jesteśmy gotowi zrobić wszystko dla tych, których kochamy? Naprawdę wszystko?

W tym miejscu dodać wypada, że niniejsza książka została bardzo ładnie wydana: podzielona na części, a te z kolei na rozdziały, z których każdy otwiera szarobiała stronica.

Wszystko to sprawia, że mam ochotę poznać ciąg dalszy tej niezwykłej historii. Okazję ku temu stwarza opublikowana w lutym kontynuacja zatytułowana „Kamień i sól” na kartach której, jeśli wierzyć zapowiedzi, Tella „zmierzy się z ukrytymi niebezpieczeństwami oceanu, mrożącym oddech górskim zimnem oraz… nowymi, pokrętnymi zasadami wyścigu, który dobiega końca i tylko jedna osoba może zwyciężyć”. Kto nią będzie? Jestem tego ciekawa, a Wy?

Zainteresowanych książką odsyłam na stronę Wydawnictwa IUVI TUTAJ

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego bardzo dziękuję Wydawnictwu


Niniejszą recenzję opublikowano także na łamach Pienińskiego Portalu  Informacyjnego TUTAJ.

Share:

sobota, 16 kwietnia 2016

[KSIĄŻKOWA ZAPOWIEDŹ] Jarosław Prusiński - "Zapomniani Bogowie. Słowiańska opowieść"

Twórca „Trylogii o Szarym Magu” powraca w nowej odsłonie! Polska słowiańska - zwyczaje i wierzenia dawnej Lechii.


Na 2016 rok przypada 1050 rocznica Chrztu Polski, co stwarza doskonałą okazję do zgłębienia wiedzy historycznej. Warto więc pójść o krok dalej i przyjrzeć się okresowi poprzedzającemu chrystianizację naszego państwa – czasom Polski lechickiej, przedchrześcijańskiej, słowiańskiej.

Mało kto wie, że Słowianie byli najbardziej licznym ludem, zamieszkującym największy obszar starożytnego świata i jednocześnie najmniej znanym. Pamięć o nim została wyparta przez ludy Zachodu i Bliskiego Wschodu. A jednak to nasze dziedzictwo, nasza historia. Jarosław Prusiński- twórca fantastycznej "Trylogii o Szarym Magu"  i zbioru opowiadań pod tytułem "Vortex" , w książce, której roboczy tytuł brzmi: „Zapomniani Bogowie”, podjął niełatwą próbę jej odkłamania.

W tym celu przeniósł czytelnika na terytorium Polski przełomu IX i X wieku, zapraszając do narwiańskiego grodu. Otoczony dziewiczą puszczą, będącą oazą spokoju i miejscem, w którym zadomowiły się zarówno prawdziwe jak i mityczne stworzenia: strzygi, wiły, wodniki, utopce, rusałki, licho, zmory i zapiecki - zdaje się odcinać od świata ogarniętego wojną sprzyjającą różnorakim problemom i grabieżom oraz pogoni za chwałą i poklaskiem. To cechy charakterystyczne dla ludzi obcych, którzy nie mogą, jak tubylcy, liczyć na przychylność puszczy, przeciwnie – narażeni są na jej gniew, pociągający za sobą śmierć butnego i aroganckiego nieszczęśnika.

Ale oto pewnego dnia, na terenie grodu zjawia się Obcy znaleziony w puszczy. W wyniku pobicia, rosły, łysy mężczyzna traci pamięć i zdany na łaskę mieszkańców odzyskuje siły, a przy tym poznaje zwyczaje i wierzenia dawnych Słowian.

Co najistotniejsze, z jego męskiego punktu widzenia, czytelnik odkrywa historię dziewczyny tak jak on tajemniczej – panny grodzkiej urodzonej pod koniec IX wieku. O kogo chodzi? Kto i dlaczego chciał zabić Obcego? Jak zakończy się bitwa z Jaćwingami? Czy dziewczyna odnajdzie spokój ducha, a Obcy partnerkę wśród wielu panien i wdów zamieszkujących gród? A może odejdzie, odzyskawszy pełnię sił? Jak zakończą się intrygi Poborcy?

Żywię nadzieję, że „Zapomniani Bogowie” pojawią się na rynku wydawniczym i na postawione pytania poznam odpowiedź już wkrótce.

Na chwilę obecną, chęć publikacji książki wyraziło jedno wydawnictwo, ale Jarosław Prusiński wciąż otwarty jest na nowe propozycje.

Lektura dość obszernego fragmentu, pozwoliła mi wysnuć wniosek, że Autor z rozmachem nakreślił opowieść słodko – gorzką. Zabawną, ale nie głupią, a co najważniejsze – zadał sobie niemały trud przekazania wiedzy historycznej. Podana nienachalnie, przepływa między wersami – ciekawi, ale nie nuży, szybko zapadając w pamięć odbiorcy.

Jaka była geneza powstania Państwa Lechii? Odpowiedzi na to pytanie, w gawędziarskim tonie udzielił jeden z bohaterów, Krzesimir, opowiadając o podróżnikach z Elamu, którzy tracili życie z rąk handlarzy niewolników. Właśnie ów lud ciemiężonych, wydał pierwszego króla kraju, Sarmatę, który pojął za żonę Ksayę – dzielną wojowniczkę i przywódczynię Amazonek, a odniósłszy zwycięstwo nad zjednoczonymi wojskami Babilonu, dał początek trwającej 1400 lat wielkiej dynastii. Po niej nastały czasy rządów Lecha I Wielkiego. Ten, pisząc nowy rozdział historii, otworzył erę dynastii Lechów. Tym sposobem, kraj zmienił nazwę z Sarmacji na Lechię.

Tę wiedzę dostarczają naukowe opracowania, ale nie ukrywajmy, że sięgamy po nie z konieczności, głównie w szkole. Jarosław Prusiński na kartach „Zapomnianych Bogów” opisał na nowo starą historię, udowadniając, że nauka nie musi być zmorą wielu uczniów, przeciwnie – może stać się prosta, łatwa i przyjemna oraz dostarczać im wszechstronnej wiedzy dotyczącej: budowy chat, spożywanych posiłków (w tym zakazu jedzenia ryb), zwyczajów i powiedzonek takich jak: matko i córko, licho z nim oraz najświętsza panienko, której nie  znajdziemy w dostępnych na rynku podręcznikach szkolnych.

Dlatego książka z powodzeniem mogłaby posłużyć jako materiał dydaktyczny wykorzystywany na lekcjach języka polskiego bądź historii. Czy tak będzie? Czas pokaże.

Od napisania książki do wydania długa droga, nierzadko kręta i wyboista. Przekonał się o tym Jarosław Prusiński. Niezrażony oporem ze strony potencjalnych wydawców, 12.01.2017 roku zaprezentował słowiańską opowieść czytelnikom, publikując ją pod skrzydłami internetowego wydawnictwa e-bookowo.pl.

Dzięki uprzejmości autora, zapowiadana kilka miesięcy temu książka trafiła w moje ręce w dniu premiery, co pozwoliło mi ponownie zajrzeć w gościnne progi Ostrogrodu i poznać ciąg dalszy spisanej z pasją i rozmachem opowieści bajarza, w którego usta Prusiński włożył następujące słowa: „(…) O prawdziwych bohaterach chcecie zapomnieć. O historii, która się dla was wydarzyła. O przodkach, którzy za was ginęli. Tych nie chcecie pamiętać (…). Będziecie pamiętać zdrajców i im będziecie stawiać pomniki”. Opinia ta burzy krew w żyłach słuchaczy. Czy tak samo zareagują czytelnicy? A może przeciwnie – prezentowane na kartach treści skłonią ich do refleksji? Wszak to opowieść ze wszech miar refleksyjna, pozwalająca zanurzyć się w czeluściach przeszłości, z którą warto się rozliczyć, by móc odzyskać utracony spokój i wiarę w człowieka. To historia,o której grzechem byłoby zapomnieć lub co gorsza – w ogóle jej nie znać.

Gorąco polecam!

Zainteresowanych dotychczas opublikowaną twórczością Jarosława Prusińskiego odsyłam do księgarni legimi.com: „Vortex” TUTAJ, „Szary Mag” TUTAJ, „Szary Mag. Sahi” TUTAJ oraz na stronę internetowego Wydawnictwa e-bookowo.pl, gdzie „Szary Mag. Trylogia” TUTAJ dostępny jest w wersjach elektronicznej i papierowej, a „Zapomniani Bogowie. Słowiańska opowieść” TUTAJ w trzech formatach e-book. W planach wydanie wersji tradycyjnej.

Za udostępnienie książki i możliwość zajrzenia do świata Słowian bardzo dziękuję Autorowi, Jarosławowi Prusińskiemu.


Serdeczne podziękowania składam także mojej przyjaciółce - Gosi Wilczak za wykonanie projektu okładki oraz szkicu powstałych na potrzeby niniejszej zapowiedzi.

Niniejszą recenzję opublikowano także na łamach Pienińskiego Portalu  Informacyjnego TUTAJ


Share: