[WYWIAD PATRONACKI] Radosław Rutkowski: […] Zawsze interesowały mnie czarne dziury, ale jeszcze bardziej ludzie, którzy niepostrzeżenie zaczynają być własną.
Oto
mój gość: absolwent prawa, w którego duszy gra muzyka, a w
głowie powstają różnorodne literackie światy. Najkrócej: Radosław Rutkowski.
Jeśli
dobrze pamiętam, tak zaprezentowałam Cię, kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy
na okoliczność wydania Akeli
(Wydawnictwo Novae Res, 2024 r.). Minęły dwa lata. Jak – bogatszy o kolejne
doświadczenia – opisałbyś dziś siebie i swoją twórczość? O czym jeszcze nie
wiemy, a co jako autor jesteś gotów odsłonić? A gdyby Twoje życie było
powieścią – jak brzmiałoby jej pierwsze zdanie?
Bogactwo to ostatnie słowo, jakiego bym użył. Jestem starszy i ogólnie jakby większy, więc wizualnie progres jest wątpliwy. Twórczo… jestem starszy i ogólnie jakby większy, lecz poza tym zmieniło się niewiele: nadal piszę książki i wciąż cieszy mnie każda duszyczka, która po nie sięgnie. Piszę przewrotnie, czasem z humorem, czasem pod włos, ale zawsze najbardziej interesują mnie ludzie, którzy są kluczowym elementem każdej opowieści. Nie dynamiczne zwroty akcji, nie zaskakujące zakończenia, nie dialogowe tyrady – ale właśnie ludzie. Moja twórczość zawsze powstawała nocą, ale teraz światło dzienne naprawdę widzi dopiero po premierze. Postać z okładki Za horyzontem zdarzeń człapie w stronę zachodzącego słońca, a twarz widoczna na Szale ma przymknięte oczy, bo razi ją jasna kolorystyka. Przypadek? Nie sądzę. Z rzeczy, które wiem, to byłoby na tyle, a tych, których nie wiem, z przyczyn oczywistych nie zdradzę. Gdyby moje życie było powieścią, pierwsze zdanie zaczynałoby się od: „Śmieszna sprawa…”.
Jarosław
Prusiński powiedział mi kiedyś, że historie same do niego przychodzą, domagając
się opowiedzenia. Czy u Ciebie też tak to wygląda, i czy to dlatego właśnie
piszesz?
Ano przychodzą, i
jęczą, i trują, i kopią po kostkach… Zawsze czegoś chcą. Rzadko budzą w nocy,
zdecydowanie częściej nie pozwalają zasnąć. Jak się je zignoruje, to skutecznie
budują w człowieku poczucie winy. Nie zawsze potrafią powiedzieć, o co im
chodzi, a ja nie zawsze potrafię słuchać. I tak sobie żyjemy! Gdyby się zastanowić,
przypomina to trochę małżeństwo [dźwięk żoninego klapka lądującego na moim
ramieniu]. Piszę, bo lubię. Nic nie może się równać z uczuciem wydania książki
i dzielenia się opowieścią z innymi. Z perspektywy Czytelnika to takie hop-siup
– jedna książka dzisiaj, inna jutro. Dla autora to coś znacznie głębszego.
Chyba to właśnie czuł Achilles, kiedy pragnął, by jego imię przetrwało wieki.
Jakiś
czas temu w mediach społecznościowych podzieliłeś się refleksją: Zawsze myślałem, że najtrudniejsze jest napisanie
książki, a potem poznałem, czym jest redakcja. Mieliśmy okazję wspólnie
pracować nad Twoją czwartą powieścią, Za horyzontem zdarzeń, wydaną 19 września 2025 roku nakładem Wydawnictwa Brda
i objętą patronatem mojego bloga. Jak z perspektywy czasu wspominasz ten etap
pracy? Czego nauczył Cię jako autora – poza tym, że góralska ciupazecka nie
taka straszna, jak ją malują? (śmiech)
Nie znoszę etapu redakcji, bynajmniej nie przez ciupazeckę. Czytanie własnego tekstu jest jak słuchanie własnego głosu – ile razy bym tego nie zrobił, zawsze coś jest źle. O ile Ty jesteś osobą wrażliwą i nader taktowną, w procesie redakcji ograniczasz się jedynie do chirurgicznych hycnięć tu i tam, o tyle ja jestem szaleńcem dokonującym rytualnego kamienowania całych akapitów, bo zaswędziało mnie jedno słowo. Każda redakcja uczy mnie, że tekst jest tekstem, a nie wykutą w skale świętością. Zawsze obiecuję sobie, że z następną książką pójdzie łatwiej, bo będę lepszy, ale mylę się za każdym razem – i za każdym jakby bardziej.
Pamiętam,
że często rozmawialiśmy o emocjach, jakie wywołują poszczególne sceny. Skąd
czerpałeś inspiracje do ich napisania? Czy wynikały z osobistych doświadczeń,
obserwacji, a może wyobraźni? I czy była taka scena, która kosztowała Cię
najwięcej emocji, ale dziś jesteś szczególnie dumny, że znalazła się w książce?
Cała książka Za
horyzontem zdarzeń składa się z osobistych doświadczeń i przemyśleń. To one
są cegłami. Z wyobraźni zrobiłem zaprawę i zatykałem tam, gdzie zionęła dziura.
Chciałoby się rzec, że to bardzo osobista powieść, ale ponieważ mógłbym tak
powiedzieć o każdej, o tej powiem tylko, że jest mi szczególnie bliska.
Paradoksalnie, im bardziej scena jest osobista, tym bardziej cieszy mnie, że
znalazła drogę do książki – jednak wiedzę o tym, które to sceny, chciałbym
zachować dla siebie.
W
fizyce „horyzont zdarzeń” oznacza punkt bez powrotu – granicę, po przekroczeniu
której nie ma już możliwości cofnięcia się ani spojrzenia z zewnątrz. W Twojej
powieści pojęcie to nabiera jednak znacznie bardziej egzystencjalnego i
psychologicznego wymiaru. W którym momencie fascynacja fizyką zaczęła
przeradzać się w opowieść o ludzkiej psychice i wewnętrznych granicach
człowieka?
Nigdy nie chodziło o
fizykę, ona przyszła znacznie później. Zaczęło się od pewnych, nomen omen,
zdarzeń i wyborów, a potem konsekwencji. Następnie przyszła refleksja, która
przerodziła się w opowieść. Ludzie to zagmatwane i pokręcone istoty, lubimy
utrudniać sobie życie. Fizyka jest tylko zgrabną metaforą dla czegoś, co w rzeczywistości
takie poetyckie nie jest. Zawsze interesowały mnie czarne dziury, ale jeszcze
bardziej ludzie, którzy niepostrzeżenie zaczynają być własną.
W
książce mocno wybrzmiewa motyw walki z własnym lękiem, traumą i wewnętrznymi
demonami. Jak sądzisz, co sprawia, że człowiek potrafi podjąć tak trudną,
często desperacką próbę zmierzenia się z tym, co nosi w sobie? Taka
konfrontacja z własnym bólem bywa przecież wyniszczająca, ale może również
prowadzić do przemiany i lepszego zrozumienia siebie. Jak patrzysz na ten proces?
Nie tyle potrafi, co
musi. Kiedy na ulicy goni nas zbój, zawsze jest szansa, że odpuścił dzień nóg i
zostawimy go w tyle. Ale przed sobą ucieczki nie ma, można albo wziąć się za
rogi albo do końca życia dźwigać samego siebie na plecach… tak czy siak, koniec
jest w jakiś sposób związany z bykiem albo innym baranem. Tak, konfrontacja bywa
wyniszczająca, podobnie jak życie. Stoję na stanowisku, że obie kwestie są
powiązane.
Czy
istnieje granica między fikcją a realizmem w opisywaniu ludzkiego umysłu? Jak
ją wyznaczasz, pisząc tak intymnie? Co najbardziej fascynowało Cię w tej
psychologicznej perspektywie i jak wyglądał proces tworzenia bohatera, którego
wewnętrzne zmagania są tak silnie obecne na kartach powieści?
Taka granica oczywiście
istnieje, lecz nie jest pilnie strzeżona – i właśnie dlatego jest tak intymnie.
Pisząc o ludzkim umyśle, nie próbuję udawać psychologa. To bezpieczniejsze dla
wszystkich, a już zwłaszcza dla Czytelnika. Bardziej interesuje mnie
obserwowanie tego, co dzieje się z człowiekiem, gdy opadnie bitewny kurz i
zostaje on sam ze swoimi decyzjami, lękami i konsekwencjami. To jest takie
niespektakularne, w żadnym razie nie widowiskowe… fuj! Otóż nie dla mnie.
Proces tworzenia bohatera, który z myślami bije się na gołe pięści wbrew pozorom
nie jest taki trudny – wystarczy mu przywalić, a potem patrzeć, jak resztę
komplikuje sam. W takich chwilach pełnię role skryby, czasem tylko muszę
dopilnować, by nie zrobiło mu się za dobrze, bo szczęśliwy bohater jest dla
autora mało użyteczny.
Co
było najtrudniejsze w pisaniu wewnętrznych monologów Marcina? Czy miałeś
poczucie, że oddanie jego emocji, lęków i traumy wymagało od Ciebie szczególnej
odwagi albo konfrontacji z własną wrażliwością?
Najtrudniejsze? To było
najłatwiejsze! Przede wszystkim robiłem co w mojej mocy, by nie stały się
wewnętrznymi monologami, bo już samo to określenie sprawia, że powieki się
zamykają. Ludzie często toczą ze sobą spór, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy.
Wystarczy wyobrazić sobie tę rozmowę i sprawić, by była naturalna. Tak jak
dzieci nie lubią, kiedy mówi się do nich jak do dzieci, tak my nie lubimy, gdy
bakcyl mądrzenia zatruwa nasze myśli, bo przecież tak bardzo wierzymy, że znamy
się na wylot – a podświadomość lubi tę wiedzę wykorzystać. Sokrates bezwzględnie
wykorzystywał wszystko, co wiedział o Marcinie, ale robił to jak szwagier albo
kumpel z podstawówki, a nie jak domorosły terapeuta.
Czy
zdarza Ci się prowadzić ze sobą wewnętrzne dialogi? W jakich momentach słyszysz
siebie najwyraźniej?
Oj, nawijam do siebie
bez przerwy i to nie zawsze do końca wewnętrznie. Niejeden lekarz chętnie by to
zbadał, ale kolejki na NFZ póki co skutecznie mnie zniechęcają. Nie rozmawiam
ze sobą dlatego, że muszę czasem pogadać z kimś na poziomie. Robię to, bo kiedy
ktoś mówi, słucham. Kiedy jestem sam, cały jestem słuchaniem i wtedy nawet
zatkanie uszu niczego nie zmieni. Chciałem zapytać mojego wewnętrznego ja,
kiedy najczęściej zbiera mu się na pogaduchy, bo sam jestem ciekawy, czy jest
jakiś klucz, ale właśnie gdzieś sobie poszedł i nie wiem, kiedy wróci. Nie
wiem, po kim to złośliwe takie jest…
Marcin,
ze względu na swoje doświadczenia i trudności, z którymi się mierzył, często
pozostawał niezrozumiany przez rodzinę. Jak go postrzegasz? Czy mógłby liczyć
na Twoje przychylność i zrozumienie? Czy byłaby to jedynie kwestia empatii, czy
także potrzeba spojrzenia głębiej – poza jego zachowanie i problemy?
Kto nigdy nie został
źle zrozumiany przez rodzinę i najbliższych, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Tak, znalazłbym w sobie pokłady zrozumienia i przychylności dla jego
postepowania, choć niektóre jego decyzje tylko ten problem potęgowały. Łatwo o
tym mówić z perspektywy czasu, a gorzej, kiedy człowiek stoi w samym środku
własnego życia i ma do dyspozycji tylko to, co wie w danym momencie, oraz
emocje, które rzadko konsultują się z rozsądkiem. Marcin nie jest dla mnie
bohaterem, którego należy bezwarunkowo usprawiedliwić, ani też kimś, kogo można
łatwo osądzić. Bardziej go czuję niż rozumiem, więc z tą empatią może być coś
na rzeczy.
Poruszam
tę kwestię, ponieważ im więcej rozmawiamy, tym wyraźniej odnajduję w nim
cząstkę Ciebie. Zastanawiam się, czy praca nad tą historią wpłynęła na Twoje
własne postrzeganie przeszłości, traumy, tożsamości i depresji. Czy pisząc tę
książkę, odkryłeś coś nowego o sobie?
Myślę, że każda
książka, którą piszemy naprawdę serio, prędzej czy później zaczyna być rozmową
z samym sobą. Czasem jest to rozmowa niewygodna, bo bohater potrafi powiedzieć
na głos rzeczy, których autor wolałby o sobie nie wiedzieć. Czy Marcin ma we
mnie jakąś cząstkę? Oczywiście. Trudno napisać człowieka od środka i nie
zostawić w nim kawałków własnego doświadczenia, obserwacji czy sposobu
patrzenia na świat – a Marcin powstawał właśnie od środka. Nie jest moim
pamiętnikiem, nie zrzuciłem na niego własnego krzyża, by stanąć potem w tłumie
i ciskać okrzykami. Jest kimś, kto nieraz musiał przekopywać własny ogródek, bo
nie potrafi pielić grządek, które sam zasadził. Gdybyśmy się spotkali, pewnie
znaleźlibyśmy wspólny język. Czy odkryłem coś nowego o sobie? Tak – że jestem i
byłem nawet wtedy, kiedy tego nie czułem.
Czy
próbowałeś odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wygląda najciemniejsze dno
depresji i co dzieje się z człowiekiem, który mierzy się z takim
doświadczeniem? Jak trudno było Ci wejść w tę perspektywę i oddać emocje osoby
zmagającej się z własnymi lękami, samotnością oraz wewnętrzną walką?
Jeśli zbyt długo
patrzysz w czeluść, czeluść zaczyna patrzeć na ciebie. Te słowa Nietzschego to
dostateczna przestroga przed tym, by na takie pytanie odpowiedzi nie szukać.
Ale nie wszystkie odpowiedzi wymagają pytania. Coś nie znika tylko dlatego, że
o tym nie mówimy. Mam wrażenie, że w przypadku mężczyzn wciąż funkcjonuje
bardzo szkodliwy obraz tego, czym jest siła i on sam, czyli MĘŻCZYZNA. Facet ma
być silny, ma „wziąć się w garść”, remont zrobić, a jak trzeba, to i w łeb dać
– najlepiej w milczeniu, bo mężczyzna jest od robienia, a nie od gadania.
Smutek, lęk czy bezradność średnio pasują do takiego wizerunku, więc często
próbuje się je po prostu schować. Tyle że człowiek nie jest samochodem, któremu
wystarczy zmienić koło, żeby znowu ruszył. Czasem można być silnym fizycznie,
zdecydowanym, zaradnym, a jednocześnie wewnątrz rozpadać się na kawałki.
Właśnie ten rozdźwięk mnie interesuje. Być może największym problemem nie jest
to, że czasem nie dajemy sobie rady. Problem zaczyna się wtedy, kiedy za
wszelką cenę próbujemy udowodnić sobie i innym, że dajemy.
Poruszając
w Za horyzontem zdarzeń tak delikatne
i bolesne tematy, jak trauma, depresja czy ludzkie cierpienie, autor bierze na
siebie szczególną odpowiedzialność. Jak rozumiesz tę rolę pisarza? Czy masz
nadzieję, że Twoja powieść stanie się dla Czytelników impulsem do refleksji,
lepszego zrozumienia siebie lub odwagi, by rozmawiać o tym, co trudne?
Nie jestem wieszczem dogmatów
wielkich i ponadczasowych, odkrywcą prawideł niejawnych i przed narodem
skrzętnie skrywanych. Nie stawiam się ponad Czytelnikiem jako autorytet
upoważniony do instruowania jak ten ma myśleć, co ma czuć i jak powinien
przeżywać własne życie. Odpowiedzialność, o której wspominasz, odbieram jako
zobowiązanie do nie potraktowania tych tematów powierzchownie. Trauma, depresja
czy cierpienie nie są dla mnie literackimi rekwizytami, które można postawić na
półce i z lampką wina w dłoni obwieścić: „Patrzcie, jaka ważna książka!”. Czy
chciałbym, żeby ktoś po jej przeczytaniu zatrzymał się na chwilę i pomyślał o
sobie, o kimś bliskim albo odważył się powiedzieć coś, czego dotąd nie
potrafił? Oczywiście. Jeśli jednak komuś po prostu spodoba się historia, zarwie
przez nią noc albo chociaż zmieni plany na wieczór – też uznam to za całkiem
przyzwoity rezultat.
Czy
Szeklice mają swoje źródło w realnym miejscu albo osobistych doświadczeniach? W
którym momencie poczułeś, że właśnie tam bohater musi wrócić, aby mogła
rozpocząć się jego wewnętrzna przemiana?
Szeklice, w
przeciwieństwie do Wnęk Starych z Akeli, to wyłącznie wytwór mojej
wyobraźni. Miały być troszkę malownicze, ale też bez przesady, trochę swojskie,
żeby nie powiedzieć: pospolite. Takie, w których każdy zna każdego, każdy wie
wszystko o wszystkich, a jeśli czegoś nie wie, to zawsze znajdzie się ktoś, kto
mu powie. Szeklice w założeniu miały być jednocześnie urokliwe i nieco duszne.
Od samego początku wiedziałem, że Marcin będzie musiał się tam udać, choć długo
nie wiedziałem, jak to miejsce nazwać. „Szeklice” brzmiało tubylczo, ale też
nierzeczywiście, nadawało się więc idealnie.
Konfrontację
Marcina z przeszłością po śmierci ciotki oraz jego powrót tam, gdzie „diabeł
mówi dobranoc”, można odczytywać jako metaforę. Czy dla Ciebie ten powrót
symbolizuje coś więcej niż kolejny etap fabuły? Jeśli tak – co jest jego
najgłębszym znaczeniem?
Podróż do Szeklic nie
jest kolejnym etapem fabuły, tylko zwrotnicą, która otwiera życie głównego
bohatera na zupełnie nowe stacje. Do tego momentu Marcin jedzie po torze, który
wybrał sobie sam. Z pewnością poprawiasz się teraz na fotelu i pocierasz wetkniętą
za pas ciupazeckę, by zakrzyknąć: „Ale ten także wybrał sobie sam!”, na co ja
wnet odpowiadam: tak, lecz jednocześnie ustępuje miejsce maszynisty komuś, kto
wygląda jak on, lecz jest kimś zupełnie innym. Marcin, któremu pozwolono zostać
w kabinie maszynisty, siedzi wpatrzony w znijkające pod składem tory, w ogóle
nie zdając sobie sprawy z tego, dokąd się udaje.
Kogo
trudniej było Ci powołać do życia – Sokratesa czy Małgosię? Z jakimi wyzwaniami
wiązało się budowanie ich psychologicznych portretów? Czy któraś z tych postaci
wymagała od Ciebie szczególnej empatii, uważności lub spojrzenia na świat z
zupełnie innej perspektywy? Co natomiast podczas pracy nad nimi dało Ci
najwięcej satysfakcji?
Sokrates wyszedł jakoś
tak naturalnie i ostatnie, czego potrzebowałem przy tworzeniu sceny z jego
udziałem, to empatia – no chyba że tylko po to, by zagrać jej na nosie.
Wewnętrzny głos nie musi gryźć się w język, bo nikt by się z tego powodu nie
obruszył. Małgosia to zupełnie inna para kaloszy. O ile Sokrates w umyśle
Marcina celowo stąpał jak słoń w składzie porcelany, o tyle Małgosia przemykała
zwinnie jak kot i zrzucała tylko to, co miało spaść. Przy niej musiałem się
nieco bardziej nagimnastykować.
Czy
któryś z bohaterów zaczął w pewnym momencie żyć własnym życiem, wymykając się
Twoim pierwotnym planom? Czy zdarzyło się, że postać, którą stworzyłeś,
zaskoczyła Cię na tyle, że sama wyznaczyła dalszy bieg historii?
Marcin okazał się
większym krejzolem niż zakładałem, a Edyty po prostu nie doceniłem. W
pierwotnej wersji przynajmniej dwukrotnie skapitulowała w momentach, w których
ostatecznie dała skuteczny odpór Marcinowemu biadoleniu. Ale żeby ktoś sam
wyznaczył bieg historii – to nie. Jest reżyser, jest scenariusz, jest porządek
i… ordnung musi być! Bohater może mieć własne zdanie, może się awanturować,
może próbować popsuć misternie ułożony plan, lecz literatura to nie demokracja
świata przedstawionego, a tyrania autora!
Nie
wybaczyłabym sobie, gdybym nie zapytała o wujka Wojtka i jego dwóch kompanów –
bo zapewne byłby to grzech tak wielki, że duszpasterz szeklickiej parafii za
żadne skarby świata by mi go nie odpuścił (śmiech). Panowie, którzy zawsze
znajdą czas na wspólne biesiadowanie i wyprawę na ryby, zdecydowanie zasługują
na kilka słów więcej. Wyobraźmy sobie więc, że spędzasz z nimi cały dzień.
Dokąd ruszacie? O czym rozmawiacie? Jak wyglądałoby to spotkanie? I czy po
takim dniu nadal byłbyś w stanie następnego ranka funkcjonować bez większego
uszczerbku? (śmiech)
Z pewnością nie poszlibyśmy
na ryby, bo jestem zoopacyfistą. Na flaszeczkę też by mnie nie namówili, bo od
alkoholu stronię od lat już kilku. W brydża grać nie umiem i jakoś mnie nie
ciągnie, bo nazwa tej gry kojarzy mi się z wyjątkowo cuchnącymi papierosami z
przeszłości, nic na to nie poradzę. Podejrzewam, że Murzyn od razu zagoniłby
mnie do roboty, ale widząc, że nie znam się na samochodach, szybko odesłałby
mnie do Malkiewicza. Ten odprawiłby szlachetny taniec flaszeczny, bijąc łokciem
w denko butelki, a potem zupełnie nieszlachetnie spiłby się sam, bo jak już
wspomniałem, marna ze mnie kompania do picia. Nie mając wyboru, poszedłbym do
Wojtka, który w słowach krótkich i dosadnych życzyłby mi szczęśliwej drogi
powrotnej do domu. Ze względów oczywistych przytoczyć ich tu nie wypada. Podsumowując:
syndrom dnia następnego mi nie grozi.
Zakończenie
książki naprawdę mnie zszokowało i długo nie pozwalało o sobie zapomnieć. Czy
od początku miałeś świadomość, dokąd doprowadzisz swoich bohaterów, czy może w
pewnym momencie to oni zaczęli wyznaczać kierunek tej historii? Czy podczas
pracy nad powieścią pojawiały się inne możliwe drogi i co sprawiło, że
ostatecznie wybrałeś właśnie tę? Co najbardziej zaskoczyłoby Czytelników, gdyby
mogli zajrzeć do Twoich notatek, szkiców i pierwszych pomysłów?
Los Marcina był
przypieczętowany od samego początku. Kilka razy akcja zboczyła nieco z kursu,
ale zawsze wracała na z góry wytyczną ścieżkę, bo kiedy autor się uprze, nie ma
zmiłuj. Od zawsze wiedziałem, dokąd ta historia zmierza i podczas pisania nie mogłem
się doczekać, aż dotrę do tego jednego momentu, by przekonać się, czy zdołam
złapać Czytelnika w mozolnie tkaną przez wiele stron sieć. Co najbardziej
zaskoczyłoby Go w moich notatkach? Podejrzewam, że rozmiar i względny porządek:
notatki do Za horyzontem zdarzeń to pogrupowane w rozdziały myśli
zamykające się na nieco ponad trzydziestu stronach maszynopisu, reszta wyszła w
praniu. A! Może jeszcze to, że Wojtek ochrzczony był mianem Dziada, bo
na etapie tworzenia planu nie miałem dla niego imienia i nie zmieniło się to aż
do momentu, w którym Marcin zawitał do Szeklic.
Jeśli
nakreślona przez Ciebie historia miałaby kiedyś trafić na ekran, kogo
widziałbyś w obsadzie? Czy są aktorzy, których wyobrażałeś sobie w konkretnych
rolach i którzy Twoim zdaniem najlepiej oddaliby ducha tej opowieści?
Nie jestem na bieżąco z
kinematografią, więc mój zasób twarzy i nazwisk ludzi kina jest mocno okrojony.
Chętnie jednak w roli Marcina zobaczyłbym młodego Zacha Braffa, ewentualnie
Macieja Stuhra lub Ryana Goslinga, w Sokratesa z powodzeniem wcielić mógłby się
Jacek Braciak, Will Ferrell albo Bill Murray. Męskie trio w Szeklicach to
ogromne pole do manewru… Morgan Freeman, Marian Dziędziel, Cezary Pazura,
Robert de Niro, Jan Peszek, Forest Whitaker, Andrzej Seweryn, Anthony Hopkins…
Rola Małgosi mogłaby przypaść Natalii Portman, Emmie Stone, może Magdalena
Cielecka… wyobraziłem sobie tę ostatnią pomykającą obok przystanku PKS w
Szeklicach – bajka!
Czy
zgodzisz się ze stwierdzeniem, że prawdziwa siła tej historii nie tkwi
wyłącznie w samych wydarzeniach, lecz przede wszystkim w rozmowach bohaterów,
które stopniowo otwierają przestrzeń do mówienia o tym, co zwykle pozostaje
przemilczane? Jeśli tak, to na jaką zmianę w sposobie myślenia lub odczuwania Czytelników
liczyłbyś najbardziej?
Dialogi są jednym z kluczowych
wydarzeń tej książki, o czym Czytelnik dowie się dopiero na końcu, dlatego odwrócę
nieco pytanie, odnosząc się do niego tak: prawdziwa siła tej historii tkwi w
jej niejednoznaczności, bo nigdy nie wiadomo, czy to, co się wydarzyło, rzeczywiście
miało miejsce, a to, co zostało powiedziane, faktycznie padło z czyichś ust.
Czytelnikowi radziłbym: strzeż się pozornie niewinnych rozmów, bo te mogą się
lisio zakraść do kurnika i ukręcić łeb niejednej kurzej projekcji dalszych
zdarzeń.
Od
niespełna roku Za horyzontem zdarzeń
jest obecne na rynku wydawniczym i zdążyło już wywołać wiele emocji. Czy któryś
z głosów, jakie do Ciebie dotarły, szczególnie zapadł Ci w pamięć – zaskoczył
Cię, poruszył albo sprawił, że spojrzałeś na własną książkę z innej
perspektywy? Jak odbierasz reakcje Czytelników? Czy zdarzyło się, że ktoś
dostrzegł w tej historii coś, czego Ty sam wcześniej nie zauważyłeś? A może
opinie, zarówno te pozytywne, jak i bardziej krytyczne, wpłynęły na Twoje
spojrzenie na własną twórczość i stały się inspiracją do dalszego rozwoju?
Każdą opinię przyjmuję
z radością, bo jednak zagościć w czyjejś głowie to naprawdę sztos. Podejrzewam,
że wślizgnięcie się pod czuprynę Czytelnika to marzenie każdego autora, na
pewno jest moim. Zostać tam na jakiś czas – kosmos. Cieszą mnie opinie, że
książka jest inna, zaskakująca czy poruszająca. Z bardziej osobliwych głosów i
odbiorów zapamiętałem stwierdzenie, że fabuła to komedia. Tak, humoru w książce
nie brakuje, ale nazwanie jej fabuły komedią pozostaje dla mnie po dziś dzień
zagadkowe, choć niezmiernie cieszę się, że dostarczyłem rozrywki. Spotkałem się
też z zastrzeżeniami natury… teologicznej. Powołany na eksperta teoretyk
usiłował obalić stawiane w książce tezy, lecz jego argumentacja nie wytrzymała
zderzenia z rzeczywistością, która sypnęła mrowiem kontrargumentów natury
praktycznej. Czy opinie wpływają na postrzeganie własnej twórczości? Oczywiście.
Wszak jestem człowiekiem, coś do mnie dociera, ale staram się pamiętać, że
recenzja jest opinią o książce, a nie wyrokiem na autora. Ludzie mają różne
gusta, wrażliwości i nastroje, każdego zadowolić się nie da. Skoro nawet zupa
pomidorowa tego nie dokonała, ja tym bardziej jestem skazany na porażkę.
Gdyby
po lekturze Za horyzontem zdarzeń
Czytelnik miał zachować w sobie tylko jedną myśl, jedno zdanie, które
pozostałoby z nim na długo po zamknięciu książki – co chciałbyś, aby to było?
Że do pierdzenia pachą
trzeba dorosnąć.
Wiemy
już, że 23 września 2026 roku, nakładem Wydawnictwa Brda, ukaże się Twoja piąta
powieść zatytułowana Szał. Z
perspektywy osoby, która ponownie miała przyjemność pracować nad jej kształtem,
mogę zdradzić jedynie, że to opowieść robiąca ogromne wrażenie i pokazująca
zupełnie inne oblicze Twojego pisarskiego warsztatu. Teraz jednak oddaję Ci
głos – co możesz powiedzieć o tej historii, zanim Czytelnicy sami ją odkryją? I
czy podejmiesz próbę przebicia mojej rekomendacji? (śmiech)
Rzeczywiście, jeśli
ktoś zna mnie z Akeli czy Za horyzontem zdarzeń, tym razem może
się trochę zdziwić. Ale tylko trochę, bo jednak nadal jestem mną. Szał
to powieść na wskroś kryminalna, mamy więc komisarza i trupa, a co za tym idzie
i śledztwo. Są podejrzani, tropy i tajemnice, wszystko zgodnie z przykazami
gatunku, nie mogę jednak wszystkiego zdradzić, bo sam zasłużyłbym na odsiadkę
za spojlerowanie. Nie zabrakło gmerania w głowach bohaterów, bo najwyraźniej
bez tego obejść się nie mogę. Liczę, że dostarczę Czytelnikowi sporą porcję
solidnej rozrywki bez modnego dzisiaj motywu wycinania na zwłokach symboli,
znaków czy wiadomości, bez spektakularnie i ekwilibrystycznie makabrycznych
scen z kuszą czy innym miotaczem sprzed wieków, bo pistolety są już ponoć cliché, oraz bez wzbogacania fabuły
szóstymi, siódmymi i ósmymi zmysłami niezawodnych śledczych. Przykro mi, ale
nic z tych rzeczy. Antagonista będzie rzeczywisty, policjanci też (aż do
bólu!), a zdarzenia będą poddane mieszczącej się w dopuszczalnej przez logikę i
zdrowy rozsądek dynamice, choć przed kilkoma nagłymi zwrotami akcji powstrzymać
się nie mogłem. Książka ta ma za zadanie pokazać, że nigdy nie wiemy, co siedzi
w drugim człowieku – na kartach powieści dowiedzione to zostanie więcej niż raz.
Czego
mogłabym Ci życzyć z całego pienińskiego serducha – poza cierpliwością do mnie
podczas naszych kolejnych redakcyjnych zmagań? (śmiech) Czego życzy się
autorowi, który wciąż nosi w sobie tyle historii czekających na zapisanie?
Dłuższej doby, bo lat mi
nie ubywa, a pisanie po nocach źle robi już nie tylko na cerę. A tak naprawdę
życzyłbym sobie, by tych historii wciąż przybywało – podobnie jak Czytelników.
Mało to oryginalne jak na autora, ale pisanie ma sens tylko wtedy, gdy ktoś
czyta.
W
ostatnim słowie do Czytelników, chciałbym powiedzieć jeszcze…
Czytajcie – książki
moje, innych autorów, grube, cienkie, mądre, rozrywkowe i takie, które nie
mieszczą się w żadnej kategorii. Bo książka ma tę niezwykłą właściwość, że
pozwala wejść do cudzej głowy i spojrzeć na świat z innej perspektywy – a tego,
mam wrażenie, bardzo nam dziś potrzeba.
Dziękuję
Ci za tę rozmowę – za szczerość, dystans
i poczucie humoru, które sprawiają, że nawet na trudne tematy można rozmawiać z
bliskością i uważnością.
Ja również dziękuje i
kłaniam się w pas, podtrzymując wiszące na nosie okulary.
Z Radosławem Rutkowskim
rozmawiała Iwona Niezgoda, prowadząca blog Góralka
Czyta.
.jpg)







.jpg)





Komentarze
Prześlij komentarz