[WYWIAD PATRONACKI] Radosław Rutkowski: […] Zawsze interesowały mnie czarne dziury, ale jeszcze bardziej ludzie, którzy niepostrzeżenie zaczynają być własną.

 

Oto mój gość: absolwent prawa, w którego duszy gra muzyka, a w głowie powstają różnorodne literackie światy. Najkrócej: Radosław Rutkowski.


Jeśli dobrze pamiętam, tak zaprezentowałam Cię, kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy na okoliczność wydania Akeli (Wydawnictwo Novae Res, 2024 r.). Minęły dwa lata. Jak – bogatszy o kolejne doświadczenia – opisałbyś dziś siebie i swoją twórczość? O czym jeszcze nie wiemy, a co jako autor jesteś gotów odsłonić? A gdyby Twoje życie było powieścią – jak brzmiałoby jej pierwsze zdanie?

Bogactwo to ostatnie słowo, jakiego bym użył. Jestem starszy i ogólnie jakby większy, więc wizualnie progres jest wątpliwy. Twórczo… jestem starszy i ogólnie jakby większy, lecz poza tym zmieniło się niewiele: nadal piszę książki i wciąż cieszy mnie każda duszyczka, która po nie sięgnie. Piszę przewrotnie, czasem z humorem, czasem pod włos, ale zawsze najbardziej interesują mnie ludzie, którzy są kluczowym elementem każdej opowieści. Nie dynamiczne zwroty akcji, nie zaskakujące zakończenia, nie dialogowe tyrady – ale właśnie ludzie. Moja twórczość zawsze powstawała nocą, ale teraz światło dzienne naprawdę widzi dopiero po premierze. Postać z okładki Za horyzontem zdarzeń człapie w stronę zachodzącego słońca, a twarz widoczna na Szale ma przymknięte oczy, bo razi ją jasna kolorystyka. Przypadek? Nie sądzę. Z rzeczy, które wiem, to byłoby na tyle, a tych, których nie wiem, z przyczyn oczywistych nie zdradzę. Gdyby moje życie było powieścią, pierwsze zdanie zaczynałoby się od: „Śmieszna sprawa…”. 

Jarosław Prusiński powiedział mi kiedyś, że historie same do niego przychodzą, domagając się opowiedzenia. Czy u Ciebie też tak to wygląda, i czy to dlatego właśnie piszesz?

Ano przychodzą, i jęczą, i trują, i kopią po kostkach… Zawsze czegoś chcą. Rzadko budzą w nocy, zdecydowanie częściej nie pozwalają zasnąć. Jak się je zignoruje, to skutecznie budują w człowieku poczucie winy. Nie zawsze potrafią powiedzieć, o co im chodzi, a ja nie zawsze potrafię słuchać. I tak sobie żyjemy! Gdyby się zastanowić, przypomina to trochę małżeństwo [dźwięk żoninego klapka lądującego na moim ramieniu]. Piszę, bo lubię. Nic nie może się równać z uczuciem wydania książki i dzielenia się opowieścią z innymi. Z perspektywy Czytelnika to takie hop-siup – jedna książka dzisiaj, inna jutro. Dla autora to coś znacznie głębszego. Chyba to właśnie czuł Achilles, kiedy pragnął, by jego imię przetrwało wieki.

Jakiś czas temu w mediach społecznościowych podzieliłeś się refleksją: Zawsze myślałem, że najtrudniejsze jest napisanie książki, a potem poznałem, czym jest redakcja. Mieliśmy okazję wspólnie pracować nad Twoją czwartą powieścią, Za horyzontem zdarzeń, wydaną 19 września 2025 roku nakładem Wydawnictwa Brda i objętą patronatem mojego bloga. Jak z perspektywy czasu wspominasz ten etap pracy? Czego nauczył Cię jako autora – poza tym, że góralska ciupazecka nie taka straszna, jak ją malują? (śmiech)

Nie znoszę etapu redakcji, bynajmniej nie przez ciupazeckę. Czytanie własnego tekstu jest jak słuchanie własnego głosu – ile razy bym tego nie zrobił, zawsze coś jest źle. O ile Ty jesteś osobą wrażliwą i nader taktowną, w procesie redakcji ograniczasz się jedynie do chirurgicznych hycnięć tu i tam, o tyle ja jestem szaleńcem dokonującym rytualnego kamienowania całych akapitów, bo zaswędziało mnie jedno słowo. Każda redakcja uczy mnie, że tekst jest tekstem, a nie wykutą w skale świętością. Zawsze obiecuję sobie, że z następną książką pójdzie łatwiej, bo będę lepszy, ale mylę się za każdym razem – i za każdym jakby bardziej.

Pamiętam, że często rozmawialiśmy o emocjach, jakie wywołują poszczególne sceny. Skąd czerpałeś inspiracje do ich napisania? Czy wynikały z osobistych doświadczeń, obserwacji, a może wyobraźni? I czy była taka scena, która kosztowała Cię najwięcej emocji, ale dziś jesteś szczególnie dumny, że znalazła się w książce?

Cała książka Za horyzontem zdarzeń składa się z osobistych doświadczeń i przemyśleń. To one są cegłami. Z wyobraźni zrobiłem zaprawę i zatykałem tam, gdzie zionęła dziura. Chciałoby się rzec, że to bardzo osobista powieść, ale ponieważ mógłbym tak powiedzieć o każdej, o tej powiem tylko, że jest mi szczególnie bliska. Paradoksalnie, im bardziej scena jest osobista, tym bardziej cieszy mnie, że znalazła drogę do książki – jednak wiedzę o tym, które to sceny, chciałbym zachować dla siebie. 

W fizyce „horyzont zdarzeń” oznacza punkt bez powrotu – granicę, po przekroczeniu której nie ma już możliwości cofnięcia się ani spojrzenia z zewnątrz. W Twojej powieści pojęcie to nabiera jednak znacznie bardziej egzystencjalnego i psychologicznego wymiaru. W którym momencie fascynacja fizyką zaczęła przeradzać się w opowieść o ludzkiej psychice i wewnętrznych granicach człowieka?

Nigdy nie chodziło o fizykę, ona przyszła znacznie później. Zaczęło się od pewnych, nomen omen, zdarzeń i wyborów, a potem konsekwencji. Następnie przyszła refleksja, która przerodziła się w opowieść. Ludzie to zagmatwane i pokręcone istoty, lubimy utrudniać sobie życie. Fizyka jest tylko zgrabną metaforą dla czegoś, co w rzeczywistości takie poetyckie nie jest. Zawsze interesowały mnie czarne dziury, ale jeszcze bardziej ludzie, którzy niepostrzeżenie zaczynają być własną.

W książce mocno wybrzmiewa motyw walki z własnym lękiem, traumą i wewnętrznymi demonami. Jak sądzisz, co sprawia, że człowiek potrafi podjąć tak trudną, często desperacką próbę zmierzenia się z tym, co nosi w sobie? Taka konfrontacja z własnym bólem bywa przecież wyniszczająca, ale może również prowadzić do przemiany i lepszego zrozumienia siebie. Jak patrzysz na ten proces?

Nie tyle potrafi, co musi. Kiedy na ulicy goni nas zbój, zawsze jest szansa, że odpuścił dzień nóg i zostawimy go w tyle. Ale przed sobą ucieczki nie ma, można albo wziąć się za rogi albo do końca życia dźwigać samego siebie na plecach… tak czy siak, koniec jest w jakiś sposób związany z bykiem albo innym baranem. Tak, konfrontacja bywa wyniszczająca, podobnie jak życie. Stoję na stanowisku, że obie kwestie są powiązane.

Czy istnieje granica między fikcją a realizmem w opisywaniu ludzkiego umysłu? Jak ją wyznaczasz, pisząc tak intymnie? Co najbardziej fascynowało Cię w tej psychologicznej perspektywie i jak wyglądał proces tworzenia bohatera, którego wewnętrzne zmagania są tak silnie obecne na kartach powieści?

Taka granica oczywiście istnieje, lecz nie jest pilnie strzeżona – i właśnie dlatego jest tak intymnie. Pisząc o ludzkim umyśle, nie próbuję udawać psychologa. To bezpieczniejsze dla wszystkich, a już zwłaszcza dla Czytelnika. Bardziej interesuje mnie obserwowanie tego, co dzieje się z człowiekiem, gdy opadnie bitewny kurz i zostaje on sam ze swoimi decyzjami, lękami i konsekwencjami. To jest takie niespektakularne, w żadnym razie nie widowiskowe… fuj! Otóż nie dla mnie. Proces tworzenia bohatera, który z myślami bije się na gołe pięści wbrew pozorom nie jest taki trudny – wystarczy mu przywalić, a potem patrzeć, jak resztę komplikuje sam. W takich chwilach pełnię role skryby, czasem tylko muszę dopilnować, by nie zrobiło mu się za dobrze, bo szczęśliwy bohater jest dla autora mało użyteczny.

Co było najtrudniejsze w pisaniu wewnętrznych monologów Marcina? Czy miałeś poczucie, że oddanie jego emocji, lęków i traumy wymagało od Ciebie szczególnej odwagi albo konfrontacji z własną wrażliwością?

Najtrudniejsze? To było najłatwiejsze! Przede wszystkim robiłem co w mojej mocy, by nie stały się wewnętrznymi monologami, bo już samo to określenie sprawia, że powieki się zamykają. Ludzie często toczą ze sobą spór, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy. Wystarczy wyobrazić sobie tę rozmowę i sprawić, by była naturalna. Tak jak dzieci nie lubią, kiedy mówi się do nich jak do dzieci, tak my nie lubimy, gdy bakcyl mądrzenia zatruwa nasze myśli, bo przecież tak bardzo wierzymy, że znamy się na wylot – a podświadomość lubi tę wiedzę wykorzystać. Sokrates bezwzględnie wykorzystywał wszystko, co wiedział o Marcinie, ale robił to jak szwagier albo kumpel z podstawówki, a nie jak domorosły terapeuta.


Czy zdarza Ci się prowadzić ze sobą wewnętrzne dialogi? W jakich momentach słyszysz siebie najwyraźniej?

Oj, nawijam do siebie bez przerwy i to nie zawsze do końca wewnętrznie. Niejeden lekarz chętnie by to zbadał, ale kolejki na NFZ póki co skutecznie mnie zniechęcają. Nie rozmawiam ze sobą dlatego, że muszę czasem pogadać z kimś na poziomie. Robię to, bo kiedy ktoś mówi, słucham. Kiedy jestem sam, cały jestem słuchaniem i wtedy nawet zatkanie uszu niczego nie zmieni. Chciałem zapytać mojego wewnętrznego ja, kiedy najczęściej zbiera mu się na pogaduchy, bo sam jestem ciekawy, czy jest jakiś klucz, ale właśnie gdzieś sobie poszedł i nie wiem, kiedy wróci. Nie wiem, po kim to złośliwe takie jest…

Marcin, ze względu na swoje doświadczenia i trudności, z którymi się mierzył, często pozostawał niezrozumiany przez rodzinę. Jak go postrzegasz? Czy mógłby liczyć na Twoje przychylność i zrozumienie? Czy byłaby to jedynie kwestia empatii, czy także potrzeba spojrzenia głębiej – poza jego zachowanie i problemy?

Kto nigdy nie został źle zrozumiany przez rodzinę i najbliższych, niech pierwszy rzuci kamieniem. Tak, znalazłbym w sobie pokłady zrozumienia i przychylności dla jego postepowania, choć niektóre jego decyzje tylko ten problem potęgowały. Łatwo o tym mówić z perspektywy czasu, a gorzej, kiedy człowiek stoi w samym środku własnego życia i ma do dyspozycji tylko to, co wie w danym momencie, oraz emocje, które rzadko konsultują się z rozsądkiem. Marcin nie jest dla mnie bohaterem, którego należy bezwarunkowo usprawiedliwić, ani też kimś, kogo można łatwo osądzić. Bardziej go czuję niż rozumiem, więc z tą empatią może być coś na rzeczy.

Poruszam tę kwestię, ponieważ im więcej rozmawiamy, tym wyraźniej odnajduję w nim cząstkę Ciebie. Zastanawiam się, czy praca nad tą historią wpłynęła na Twoje własne postrzeganie przeszłości, traumy, tożsamości i depresji. Czy pisząc tę książkę, odkryłeś coś nowego o sobie?

Myślę, że każda książka, którą piszemy naprawdę serio, prędzej czy później zaczyna być rozmową z samym sobą. Czasem jest to rozmowa niewygodna, bo bohater potrafi powiedzieć na głos rzeczy, których autor wolałby o sobie nie wiedzieć. Czy Marcin ma we mnie jakąś cząstkę? Oczywiście. Trudno napisać człowieka od środka i nie zostawić w nim kawałków własnego doświadczenia, obserwacji czy sposobu patrzenia na świat – a Marcin powstawał właśnie od środka. Nie jest moim pamiętnikiem, nie zrzuciłem na niego własnego krzyża, by stanąć potem w tłumie i ciskać okrzykami. Jest kimś, kto nieraz musiał przekopywać własny ogródek, bo nie potrafi pielić grządek, które sam zasadził. Gdybyśmy się spotkali, pewnie znaleźlibyśmy wspólny język. Czy odkryłem coś nowego o sobie? Tak – że jestem i byłem nawet wtedy, kiedy tego nie czułem.

Czy próbowałeś odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wygląda najciemniejsze dno depresji i co dzieje się z człowiekiem, który mierzy się z takim doświadczeniem? Jak trudno było Ci wejść w tę perspektywę i oddać emocje osoby zmagającej się z własnymi lękami, samotnością oraz wewnętrzną walką?

Jeśli zbyt długo patrzysz w czeluść, czeluść zaczyna patrzeć na ciebie. Te słowa Nietzschego to dostateczna przestroga przed tym, by na takie pytanie odpowiedzi nie szukać. Ale nie wszystkie odpowiedzi wymagają pytania. Coś nie znika tylko dlatego, że o tym nie mówimy. Mam wrażenie, że w przypadku mężczyzn wciąż funkcjonuje bardzo szkodliwy obraz tego, czym jest siła i on sam, czyli MĘŻCZYZNA. Facet ma być silny, ma „wziąć się w garść”, remont zrobić, a jak trzeba, to i w łeb dać – najlepiej w milczeniu, bo mężczyzna jest od robienia, a nie od gadania. Smutek, lęk czy bezradność średnio pasują do takiego wizerunku, więc często próbuje się je po prostu schować. Tyle że człowiek nie jest samochodem, któremu wystarczy zmienić koło, żeby znowu ruszył. Czasem można być silnym fizycznie, zdecydowanym, zaradnym, a jednocześnie wewnątrz rozpadać się na kawałki. Właśnie ten rozdźwięk mnie interesuje. Być może największym problemem nie jest to, że czasem nie dajemy sobie rady. Problem zaczyna się wtedy, kiedy za wszelką cenę próbujemy udowodnić sobie i innym, że dajemy.

Poruszając w Za horyzontem zdarzeń tak delikatne i bolesne tematy, jak trauma, depresja czy ludzkie cierpienie, autor bierze na siebie szczególną odpowiedzialność. Jak rozumiesz tę rolę pisarza? Czy masz nadzieję, że Twoja powieść stanie się dla Czytelników impulsem do refleksji, lepszego zrozumienia siebie lub odwagi, by rozmawiać o tym, co trudne?

Nie jestem wieszczem dogmatów wielkich i ponadczasowych, odkrywcą prawideł niejawnych i przed narodem skrzętnie skrywanych. Nie stawiam się ponad Czytelnikiem jako autorytet upoważniony do instruowania jak ten ma myśleć, co ma czuć i jak powinien przeżywać własne życie. Odpowiedzialność, o której wspominasz, odbieram jako zobowiązanie do nie potraktowania tych tematów powierzchownie. Trauma, depresja czy cierpienie nie są dla mnie literackimi rekwizytami, które można postawić na półce i z lampką wina w dłoni obwieścić: „Patrzcie, jaka ważna książka!”. Czy chciałbym, żeby ktoś po jej przeczytaniu zatrzymał się na chwilę i pomyślał o sobie, o kimś bliskim albo odważył się powiedzieć coś, czego dotąd nie potrafił? Oczywiście. Jeśli jednak komuś po prostu spodoba się historia, zarwie przez nią noc albo chociaż zmieni plany na wieczór – też uznam to za całkiem przyzwoity rezultat.

Czy Szeklice mają swoje źródło w realnym miejscu albo osobistych doświadczeniach? W którym momencie poczułeś, że właśnie tam bohater musi wrócić, aby mogła rozpocząć się jego wewnętrzna przemiana?

Szeklice, w przeciwieństwie do Wnęk Starych z Akeli, to wyłącznie wytwór mojej wyobraźni. Miały być troszkę malownicze, ale też bez przesady, trochę swojskie, żeby nie powiedzieć: pospolite. Takie, w których każdy zna każdego, każdy wie wszystko o wszystkich, a jeśli czegoś nie wie, to zawsze znajdzie się ktoś, kto mu powie. Szeklice w założeniu miały być jednocześnie urokliwe i nieco duszne. Od samego początku wiedziałem, że Marcin będzie musiał się tam udać, choć długo nie wiedziałem, jak to miejsce nazwać. „Szeklice” brzmiało tubylczo, ale też nierzeczywiście, nadawało się więc idealnie. 

Konfrontację Marcina z przeszłością po śmierci ciotki oraz jego powrót tam, gdzie „diabeł mówi dobranoc”, można odczytywać jako metaforę. Czy dla Ciebie ten powrót symbolizuje coś więcej niż kolejny etap fabuły? Jeśli tak – co jest jego najgłębszym znaczeniem?

Podróż do Szeklic nie jest kolejnym etapem fabuły, tylko zwrotnicą, która otwiera życie głównego bohatera na zupełnie nowe stacje. Do tego momentu Marcin jedzie po torze, który wybrał sobie sam. Z pewnością poprawiasz się teraz na fotelu i pocierasz wetkniętą za pas ciupazeckę, by zakrzyknąć: „Ale ten także wybrał sobie sam!”, na co ja wnet odpowiadam: tak, lecz jednocześnie ustępuje miejsce maszynisty komuś, kto wygląda jak on, lecz jest kimś zupełnie innym. Marcin, któremu pozwolono zostać w kabinie maszynisty, siedzi wpatrzony w znijkające pod składem tory, w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego, dokąd się udaje.

Kogo trudniej było Ci powołać do życia – Sokratesa czy Małgosię? Z jakimi wyzwaniami wiązało się budowanie ich psychologicznych portretów? Czy któraś z tych postaci wymagała od Ciebie szczególnej empatii, uważności lub spojrzenia na świat z zupełnie innej perspektywy? Co natomiast podczas pracy nad nimi dało Ci najwięcej satysfakcji?

Sokrates wyszedł jakoś tak naturalnie i ostatnie, czego potrzebowałem przy tworzeniu sceny z jego udziałem, to empatia – no chyba że tylko po to, by zagrać jej na nosie. Wewnętrzny głos nie musi gryźć się w język, bo nikt by się z tego powodu nie obruszył. Małgosia to zupełnie inna para kaloszy. O ile Sokrates w umyśle Marcina celowo stąpał jak słoń w składzie porcelany, o tyle Małgosia przemykała zwinnie jak kot i zrzucała tylko to, co miało spaść. Przy niej musiałem się nieco bardziej nagimnastykować.

Czy któryś z bohaterów zaczął w pewnym momencie żyć własnym życiem, wymykając się Twoim pierwotnym planom? Czy zdarzyło się, że postać, którą stworzyłeś, zaskoczyła Cię na tyle, że sama wyznaczyła dalszy bieg historii?

Marcin okazał się większym krejzolem niż zakładałem, a Edyty po prostu nie doceniłem. W pierwotnej wersji przynajmniej dwukrotnie skapitulowała w momentach, w których ostatecznie dała skuteczny odpór Marcinowemu biadoleniu. Ale żeby ktoś sam wyznaczył bieg historii – to nie. Jest reżyser, jest scenariusz, jest porządek i… ordnung musi być! Bohater może mieć własne zdanie, może się awanturować, może próbować popsuć misternie ułożony plan, lecz literatura to nie demokracja świata przedstawionego, a tyrania autora!

Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie zapytała o wujka Wojtka i jego dwóch kompanów – bo zapewne byłby to grzech tak wielki, że duszpasterz szeklickiej parafii za żadne skarby świata by mi go nie odpuścił (śmiech). Panowie, którzy zawsze znajdą czas na wspólne biesiadowanie i wyprawę na ryby, zdecydowanie zasługują na kilka słów więcej. Wyobraźmy sobie więc, że spędzasz z nimi cały dzień. Dokąd ruszacie? O czym rozmawiacie? Jak wyglądałoby to spotkanie? I czy po takim dniu nadal byłbyś w stanie następnego ranka funkcjonować bez większego uszczerbku? (śmiech)

Z pewnością nie poszlibyśmy na ryby, bo jestem zoopacyfistą. Na flaszeczkę też by mnie nie namówili, bo od alkoholu stronię od lat już kilku. W brydża grać nie umiem i jakoś mnie nie ciągnie, bo nazwa tej gry kojarzy mi się z wyjątkowo cuchnącymi papierosami z przeszłości, nic na to nie poradzę. Podejrzewam, że Murzyn od razu zagoniłby mnie do roboty, ale widząc, że nie znam się na samochodach, szybko odesłałby mnie do Malkiewicza. Ten odprawiłby szlachetny taniec flaszeczny, bijąc łokciem w denko butelki, a potem zupełnie nieszlachetnie spiłby się sam, bo jak już wspomniałem, marna ze mnie kompania do picia. Nie mając wyboru, poszedłbym do Wojtka, który w słowach krótkich i dosadnych życzyłby mi szczęśliwej drogi powrotnej do domu. Ze względów oczywistych przytoczyć ich tu nie wypada. Podsumowując: syndrom dnia następnego mi nie grozi.

Zakończenie książki naprawdę mnie zszokowało i długo nie pozwalało o sobie zapomnieć. Czy od początku miałeś świadomość, dokąd doprowadzisz swoich bohaterów, czy może w pewnym momencie to oni zaczęli wyznaczać kierunek tej historii? Czy podczas pracy nad powieścią pojawiały się inne możliwe drogi i co sprawiło, że ostatecznie wybrałeś właśnie tę? Co najbardziej zaskoczyłoby Czytelników, gdyby mogli zajrzeć do Twoich notatek, szkiców i pierwszych pomysłów?

Los Marcina był przypieczętowany od samego początku. Kilka razy akcja zboczyła nieco z kursu, ale zawsze wracała na z góry wytyczną ścieżkę, bo kiedy autor się uprze, nie ma zmiłuj. Od zawsze wiedziałem, dokąd ta historia zmierza i podczas pisania nie mogłem się doczekać, aż dotrę do tego jednego momentu, by przekonać się, czy zdołam złapać Czytelnika w mozolnie tkaną przez wiele stron sieć. Co najbardziej zaskoczyłoby Go w moich notatkach? Podejrzewam, że rozmiar i względny porządek: notatki do Za horyzontem zdarzeń to pogrupowane w rozdziały myśli zamykające się na nieco ponad trzydziestu stronach maszynopisu, reszta wyszła w praniu. A! Może jeszcze to, że Wojtek ochrzczony był mianem Dziada, bo na etapie tworzenia planu nie miałem dla niego imienia i nie zmieniło się to aż do momentu, w którym Marcin zawitał do Szeklic.

Jeśli nakreślona przez Ciebie historia miałaby kiedyś trafić na ekran, kogo widziałbyś w obsadzie? Czy są aktorzy, których wyobrażałeś sobie w konkretnych rolach i którzy Twoim zdaniem najlepiej oddaliby ducha tej opowieści?

Nie jestem na bieżąco z kinematografią, więc mój zasób twarzy i nazwisk ludzi kina jest mocno okrojony. Chętnie jednak w roli Marcina zobaczyłbym młodego Zacha Braffa, ewentualnie Macieja Stuhra lub Ryana Goslinga, w Sokratesa z powodzeniem wcielić mógłby się Jacek Braciak, Will Ferrell albo Bill Murray. Męskie trio w Szeklicach to ogromne pole do manewru… Morgan Freeman, Marian Dziędziel, Cezary Pazura, Robert de Niro, Jan Peszek, Forest Whitaker, Andrzej Seweryn, Anthony Hopkins… Rola Małgosi mogłaby przypaść Natalii Portman, Emmie Stone, może Magdalena Cielecka… wyobraziłem sobie tę ostatnią pomykającą obok przystanku PKS w Szeklicach – bajka!

Czy zgodzisz się ze stwierdzeniem, że prawdziwa siła tej historii nie tkwi wyłącznie w samych wydarzeniach, lecz przede wszystkim w rozmowach bohaterów, które stopniowo otwierają przestrzeń do mówienia o tym, co zwykle pozostaje przemilczane? Jeśli tak, to na jaką zmianę w sposobie myślenia lub odczuwania Czytelników liczyłbyś najbardziej?

Dialogi są jednym z kluczowych wydarzeń tej książki, o czym Czytelnik dowie się dopiero na końcu, dlatego odwrócę nieco pytanie, odnosząc się do niego tak: prawdziwa siła tej historii tkwi w jej niejednoznaczności, bo nigdy nie wiadomo, czy to, co się wydarzyło, rzeczywiście miało miejsce, a to, co zostało powiedziane, faktycznie padło z czyichś ust. Czytelnikowi radziłbym: strzeż się pozornie niewinnych rozmów, bo te mogą się lisio zakraść do kurnika i ukręcić łeb niejednej kurzej projekcji dalszych zdarzeń.

Od niespełna roku Za horyzontem zdarzeń jest obecne na rynku wydawniczym i zdążyło już wywołać wiele emocji. Czy któryś z głosów, jakie do Ciebie dotarły, szczególnie zapadł Ci w pamięć – zaskoczył Cię, poruszył albo sprawił, że spojrzałeś na własną książkę z innej perspektywy? Jak odbierasz reakcje Czytelników? Czy zdarzyło się, że ktoś dostrzegł w tej historii coś, czego Ty sam wcześniej nie zauważyłeś? A może opinie, zarówno te pozytywne, jak i bardziej krytyczne, wpłynęły na Twoje spojrzenie na własną twórczość i stały się inspiracją do dalszego rozwoju?

Każdą opinię przyjmuję z radością, bo jednak zagościć w czyjejś głowie to naprawdę sztos. Podejrzewam, że wślizgnięcie się pod czuprynę Czytelnika to marzenie każdego autora, na pewno jest moim. Zostać tam na jakiś czas – kosmos. Cieszą mnie opinie, że książka jest inna, zaskakująca czy poruszająca. Z bardziej osobliwych głosów i odbiorów zapamiętałem stwierdzenie, że fabuła to komedia. Tak, humoru w książce nie brakuje, ale nazwanie jej fabuły komedią pozostaje dla mnie po dziś dzień zagadkowe, choć niezmiernie cieszę się, że dostarczyłem rozrywki. Spotkałem się też z zastrzeżeniami natury… teologicznej. Powołany na eksperta teoretyk usiłował obalić stawiane w książce tezy, lecz jego argumentacja nie wytrzymała zderzenia z rzeczywistością, która sypnęła mrowiem kontrargumentów natury praktycznej. Czy opinie wpływają na postrzeganie własnej twórczości? Oczywiście. Wszak jestem człowiekiem, coś do mnie dociera, ale staram się pamiętać, że recenzja jest opinią o książce, a nie wyrokiem na autora. Ludzie mają różne gusta, wrażliwości i nastroje, każdego zadowolić się nie da. Skoro nawet zupa pomidorowa tego nie dokonała, ja tym bardziej jestem skazany na porażkę.

Gdyby po lekturze Za horyzontem zdarzeń Czytelnik miał zachować w sobie tylko jedną myśl, jedno zdanie, które pozostałoby z nim na długo po zamknięciu książki – co chciałbyś, aby to było?

Że do pierdzenia pachą trzeba dorosnąć.

Wiemy już, że 23 września 2026 roku, nakładem Wydawnictwa Brda, ukaże się Twoja piąta powieść zatytułowana Szał. Z perspektywy osoby, która ponownie miała przyjemność pracować nad jej kształtem, mogę zdradzić jedynie, że to opowieść robiąca ogromne wrażenie i pokazująca zupełnie inne oblicze Twojego pisarskiego warsztatu. Teraz jednak oddaję Ci głos – co możesz powiedzieć o tej historii, zanim Czytelnicy sami ją odkryją? I czy podejmiesz próbę przebicia mojej rekomendacji? (śmiech)

Rzeczywiście, jeśli ktoś zna mnie z Akeli czy Za horyzontem zdarzeń, tym razem może się trochę zdziwić. Ale tylko trochę, bo jednak nadal jestem mną. Szał to powieść na wskroś kryminalna, mamy więc komisarza i trupa, a co za tym idzie i śledztwo. Są podejrzani, tropy i tajemnice, wszystko zgodnie z przykazami gatunku, nie mogę jednak wszystkiego zdradzić, bo sam zasłużyłbym na odsiadkę za spojlerowanie. Nie zabrakło gmerania w głowach bohaterów, bo najwyraźniej bez tego obejść się nie mogę. Liczę, że dostarczę Czytelnikowi sporą porcję solidnej rozrywki bez modnego dzisiaj motywu wycinania na zwłokach symboli, znaków czy wiadomości, bez spektakularnie i ekwilibrystycznie makabrycznych scen z kuszą czy innym miotaczem sprzed wieków, bo pistolety są już ponoć cliché, oraz bez wzbogacania fabuły szóstymi, siódmymi i ósmymi zmysłami niezawodnych śledczych. Przykro mi, ale nic z tych rzeczy. Antagonista będzie rzeczywisty, policjanci też (aż do bólu!), a zdarzenia będą poddane mieszczącej się w dopuszczalnej przez logikę i zdrowy rozsądek dynamice, choć przed kilkoma nagłymi zwrotami akcji powstrzymać się nie mogłem. Książka ta ma za zadanie pokazać, że nigdy nie wiemy, co siedzi w drugim człowieku – na kartach powieści dowiedzione to zostanie więcej niż raz.

Czego mogłabym Ci życzyć z całego pienińskiego serducha – poza cierpliwością do mnie podczas naszych kolejnych redakcyjnych zmagań? (śmiech) Czego życzy się autorowi, który wciąż nosi w sobie tyle historii czekających na zapisanie?

Dłuższej doby, bo lat mi nie ubywa, a pisanie po nocach źle robi już nie tylko na cerę. A tak naprawdę życzyłbym sobie, by tych historii wciąż przybywało – podobnie jak Czytelników. Mało to oryginalne jak na autora, ale pisanie ma sens tylko wtedy, gdy ktoś czyta.

W ostatnim słowie do Czytelników, chciałbym powiedzieć jeszcze…

Czytajcie – książki moje, innych autorów, grube, cienkie, mądre, rozrywkowe i takie, które nie mieszczą się w żadnej kategorii. Bo książka ma tę niezwykłą właściwość, że pozwala wejść do cudzej głowy i spojrzeć na świat z innej perspektywy – a tego, mam wrażenie, bardzo nam dziś potrzeba.

Dziękuję Ci za tę rozmowę  – za szczerość, dystans i poczucie humoru, które sprawiają, że nawet na trudne tematy można rozmawiać z bliskością i uważnością.

Ja również dziękuje i kłaniam się w pas, podtrzymując wiszące na nosie okulary.

 

Z Radosławem Rutkowskim rozmawiała Iwona Niezgoda, prowadząca blog Góralka Czyta.









Komentarze

Popularne posty z tego bloga

[MIKOŁAJKOWY WYWIAD] Zbigniew Reiss: Szczęście innych jest moim szczęściem.

[RECENZJA] Anna Mlekodaj - "Góralska czytanka"

[WYWIAD] Diana Żarów: Sztuka nie musi być piękna, sztuka ma poruszać widza, wyzwalać emocje, prowadzić do konfrontacji z własnymi poglądami i wyobrażeniami.